Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #dramione. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #dramione. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 grudnia 2014

9. admiratio

Zapraszam do przesłuchania piosenki, która towarzyszyła mi przez większość czasu pisania tego rozdziału:

***

Obudziłam się gwałtownie na miękkim łóżku ze srebrną narzutą. W głowie mi wirowało, a mnie samej było strasznie niedobrze. Nie wiedziałam co się ze mną działo poprzedniego dnia, jednak zaczynałam się tego coraz bardziej obawiać. Przymknęłam na chwilę oczy, wzięłam kilka wdechów, po czym ponownie je otworzyłam. Raz-dwa, wdech, raz-dwa, wydech i tak kilka razy. Nic nie pomogło, więc postanowiłam podnieść się. Mogłam przewidzieć, że tak gwałtowny ruch wywoła u mnie większe zawroty głowy i w rezultacie musiałam podeprzeć się ściany. Pod palcami poczułam zimno. Zrozumiałam, że muszę być gdzieś w dolnej części zamku, zapewne w lochach. Nie potraficie sobie wyobrazić jak bardzo przyspieszyło mi ze strachu serce, gdy dostrzegłam, że znajduję się w sypialni Ślizgonów... Miałam ochotę jak najprędzej uciec, lecz wiedziałam, że nie mogę się wydostać dopóty, dopóki ktokolwiek będzie znajdował się w salonie. Czyli najogólniej rzecz ujmując - miałam zostać w tej sypialni na zawsze. Westchnęłam ze zrezygnowaniem i, walcząc z nieustającymi zawrotami głowy, ruszyłam w stronę drugich drzwi, który musiały być łazienką. Oczywiście nie zdziwiłam się, gdy wystrój okazał się dużo bardziej wyrafinowany, a tym samym drogi w porównaniu do łazienek w salonie Gryfonów. Podejrzewałam, że gdyby zebrać kwotę wszystkich trzech domów, to może chociaż w połowie wyniosłaby tyle, co łazienka tego Ślizgona. Podświadomie czułam, do kogo ona mogła należeć, lecz nie chciałam dopuszczać do siebie tej myśli. Wolałam sobie wmawiać, że to niemożliwe, niż chociażby pomyśleć jego imię.
Cała łazienka była wyłożona czarnym marmurem, dosłownie cała: ściany, podłoga, sufit, wanna, umywalka i toaleta. Jedynie różne przyciski czy umywalki były w kolorze srebrnym, a na nich zostały wygrawerowane głowy wężów, typowe. Także wieszaki na szmaragdowe ręczniki były w kolorze drogiego srebra. A może to było białe złoto? Ciężko powiedzieć, nie jestem arystokratką czystej krwi, żeby się na takich rzeczach znać. W ogóle nie jestem czystej krwi skoro już o tym mówimy.
Zerknęłam na wielkie lustro nad umywalką i przeraziłam się. Byłam blada, oczy podkrążone, włosy potargane bardziej niż zwykle. Westchnęłam ze zrezygnowaniem. Wiedziałam, że nic sobie nie przypomnę, przynajmniej do czasu aż się nie uspokoję, a zawroty głowy nie miną.
Przemyłam twarz zimną wodą. Od razu lepiej. Zakręciłam wodę i dopiero teraz mogłam zacząć trzeźwo myśleć. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, był fakt, że nie miałam na sobie swoich ubrań, a jakąś koszulkę, która sięgała mi do połowy ud. Powinnam być przerażona, że nie pamiętam momentu, gdy ktoś mnie rozebrał, jednak moją uwagę przyciął nienaturalnie powiększony brzuch. Gdy podniosłam do góry koszulkę, wiedziałam już dlaczego. Od bioder aż po linię pod piersiami byłam owinięta bandażem. Wypuściłam koszulkę z rąk i osunęłam się na podłogę. Nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na pytanie co się stało. Przysunęłam się do zimnej ściany i schowałam twarz w udach, łapiąc się za głowę.
Co się wczoraj stało? Co się stało? Co? - pytałam samą siebie, lecz nikt nie chciał mi odpowiedzieć. Pierwszy raz byłam taka bezbronna i przerażona. W dodatku nie wiedziałam, gdzie się podziała moja różdżka. Jakby tego było mało, wszystko mnie bolało, a kiedy wydałam z siebie histeryczny szloch, wreszcie poczułam, dlaczego zostałam owinięta bandażem. Ból był okropny, a mnie zrobiło się jeszcze bardziej niedobrze.
Nie wiem, ile siedziałam na zimnej posadce, próbując się bezskutecznie uspokoić, ale nie obchodziło mnie to. W tym czasie udało mi się przywrócić do głowy obraz z, mam nadzieję, poprzedniej nocy. Wolałam nie myśleć, czy nie leżałam tam dłużej, ponieważ to z pewnością mogłoby wywołać niemałą sensację w szkole. Przypomniałam sobie, że kłóciłam się z Malfoyem, a potem wpadłam na Zabiniego i razem zamierzali wymierzyć mi jakąś karę, co skończyło się po prostu zwykłym wspólnym siedzeniem, co miało rzekomo nauczyć mnie szacunku do Ślizgonów, a wraz z ilością wypitego alkoholu, upewniałam się, że są oni głupsi niż ktokolwiek kiedykolwiek sobie to wyobrażał. Ale co się stało później? Przecież alkohol nie mógł mnie doprowadzić do stanu, w którym nie mogę podnieść się z ziemi z powodu jakiejś rany na brzuchu. Nagle, jak przez mgłę, zobaczyłam, że ktoś pojawił się w Pokoju Życzeń. Był to... Folison Multon. Później wszystko potoczyło się niesamowicie szybko. Malfoy i Zabini się zerwali, coś krzyczeli i... obraz się urywał.
Usłyszałam otwierane drzwi, jednak nic sobie z tego nie robiłam. Nadal siedziałam skulona w rogu łazienki, bojąc się, kto to może być. W końcu niecodziennie ląduje się w cudzej koszulce w nieznanej sypialni wrogiego domu. Początkowo ktoś chodził powoli po pokoju, lecz nagle przyspieszył, a drzwi do łazienki gwałtownie się otworzyły, a przybysz powoli ukucnął naprzeciwko mnie.
-Boże, Granger... - mruknął, a ja powoli uniosłam zapłakane oczy na jego twarz. Wyglądał jeszcze bardziej mizernie niż dotychczas. Ponadto był zmartwiony, a jego spojrzenie było smutniejsze niż kiedykolwiek. - Przepraszam cię... - szepnął, a ja zmarszczyłam brwi. Malfoy powoli się podniósł, trzymając moje dłonie i tym samym zmuszając mnie do wstania. Syknęłam cicho, nie mogąc już dłużej ukrywać bólu. Malfoy westchnął ze zrezygnowaniem i zaraz po tym uniósł mnie jak piórko. Skrzywiłam się, ale tym razem zacisnęłam zęby. Musiałam być silna przy Draconie. Nie mogłam okazać słabości, tak mi podpowiadał umysł.
Delikatnie ułożył mnie na łóżku, a jego oczy wyrażały teraz niepohamowaną złość. Nie wiedziałam, czy złości się na siebie, czy na mnie, czy na cały świat.
-Co się stało? - spytałam cicho, że aż się zdziwiłam, gdy mi odpowiedział.
-Nie mogę ci zdradzić wszystkich szczegółów, nie mogę cię już bardziej narażać... - szepnął i schował twarz w dłoniach, a ja nic z tego nie rozumiałam. Malfoy wyglądał jakby miał się rozpłakać z bezsilności. Byłam przerażona, nie wiedziałam, czy powinnam po takich słowach zostać, czy go zostawić.
Zostałam.
Nie ze względu na ranę, strach przed nim i resztą Ślizgonów, którzy na widok Gryfonki w ich pokoju wspólnym dostaliby palpitacji serca.
Zostałam, ponieważ coś mu obiecałam. Powstała między nami niewidzialna umowa, coś jakby więź, która nie pozwalała mi go opuścić, nawet w takiej sytuacji. Zwłaszcza w takiej sytuacji. Poza tym zdawałam sobie sprawę, że Albus Dumbledore miał jakiś cel, gdy prawie dwa miesiące wcześniej poprosił mnie o wspieraniu Dracona.
-Powiedz mi tylko, jak długo tu leżę? Jaki dzisiaj dzień?
-Niedziela, leżałaś u mnie kilka godzin, ale chyba nikt nie zrobił z tego afery, na jaką by to zasługiwało. Słyszałem tylko, jak Potter dostawał szału, że nigdzie nie może cię znaleźć i razem z tą siostrą Weasleya cię szukali, to było przy śniadaniu, więc lepiej jak pójdziesz dzisiaj na kolację, bo wtedy może być gorzej.
Przytaknęłam głową, a po chwili dodałam:
-Kto mi to zrobił? - Nie musiałam mówić mu, o co mi chodzi. Niemal od razu spuścił wzrok na mój brzuch, a następnie przetarł bladą dłonią swoją zmęczoną twarz.
-Teoretycznie to Multon, ale w praktyce to... byłem ja - odpowiedział mi, a mi zakręciło się w głowie. Ogarnęła mnie panika. Jak on mógł mi to zrobić?
-Granger? - zapytał, gdy mu nie odpowiedziałam. Dopiero głucha cisza z mojej strony zmusiła go do spojrzenia w moje przerażone oczy, w których zaczęły zbierać się łzy. Jak ja mogłam mu ufać? Dlaczego byłam tak naiwna?
Malfoy przybliżył się do mnie i złapał w dłonie moje policzki, nie pozwalając mi tym samym uciec.
-To nie tak, ja tego nie chciałem zrobić, musiałem nas chronić, zrozum mnie... - Z jego ust wydobywał się potok słów, a drżący głos przecinał ciszę, jaka zapadła niedawno między nami. - On nie może wiedzieć, że mi pomagasz. Nie mam pojęcia, jak on się dostał do tego pokoju, ktoś musiał mu pomóc, ale musiałem, słyszysz? Musiałem! - krzyknął, a ja ze strachu podskoczyłam. Malfoy zerwał się z łóżka i zacisnął dłonie w pięści. Stał do mnie tyłem, a ja wahałam się, po raz kolejny, czy powinnam wyjść. Chyba domyślacie się co zrobiłam?
-Ty mnie uratowałeś? - zapytałam cicho, a ja zobaczyłam jak jego tył głowy unosi się w górę i w dół, co było dla mnie twierdzącą odpowiedzią. Zamilkłam na chwilę, lecz nie trwało to zbyt długo, gdyż uświadomiłam sobie jedną, bardzo znaczącą rzecz.
-Więc... Więc to TY mnie rozebrałeś?! - wrzasnęłam i szybko porwałam jakąś pierwszą lepszą szatę z krzesła stojącego obok łóżka, by się nią zakryć. Pachniała Malfoyem, świetnie.
Draco powoli się odwrócił w moim kierunku i wyglądało na to, że w końcu jego humor się polepszył.
-Owszem. I nigdy nie widziałem takiego ciała - powiedział cicho, po czym musnął ustami czubek mojej głowy i jak gdyby nigdy nic zostawił mnie samą, niemal gołą, przykrytą jego szkolną szatą. Jego zachowanie mnie dziwiło. Nie wiedziałam, w co on pogrywał. Czasem wyglądał, jakby mnie nienawidził, a innym razem... Jakby mu zależało?
-Ach, gdybyś miała problem z wyjściem to na biurku leżą twoje ubrania, różdżka i ta śmieszna peleryna, w której dzisiaj w nocy przyszłaś do naszego pokoju - dodał, wracając na moment do sypialni, a ja poczułam wielką chęć rzucenia w niego czymś twardym, ale jedyne co miałam pod ręką to poduszki, więc odpuściłam.

***

-GDZIE TY BYŁAŚ?!  - wrzasnął Harry, gdy tylko podeszłam odświeżona, umalowana i ubrana we wczorajsze ciuchy. Kilka osób zerknęło w naszym kierunku, ponieważ mój przyjaciel miał talent w zwracaniu na siebie uwagi całej szkoły. Jednak nie obchodziła mnie reszta uczniów. Ja zerkałam jedynie ponad ramieniem Harry'ego na stół Ślizgonów. Malfoy zerkał na mnie niespokojnie, a siedzący obok Multon mówił coś do niego szybko, a wyraz jego twarzy wskazywał na wyraźne niezadowolenie. Dopiero po chwili dostrzegłam, że Multon przez cały czas trzymał różdżkę, którą celował pod stołem w kierunku Dracona. Przez panujący gwar w Wielkiej Sali nikt nie zwrócił na to uwagi. Zrobiłam niespokojny ruch, a Malfoy lekko pokręcił głową, patrząc mi prosto w oczy. Nie mogłam nic zrobić.
-Przepraszam Harry, musiałam pomyśleć... byłam w Pokoju Życzeń, ciężko mi z... wiesz kim - szepnęłam drżącym głosem, którego nawet nie musiałam udawać, siadając na ławce przodem do stołu Ślizgonów. Harry zrobił to samo, a Ginny, która siedziała po przeciwnej stronie, nie spuszczała z nas oczu.
-Wszystko rozumiem, Hermiono, ale, do jasnej cholery, nie mogłaś dać mi znać?! Nadal nie oddałaś mi mapy i nie wiedziałem, co się z tobą dzieje. Jesteś ostatnio jakaś dziwna.
-Wydaje ci się.
Nie wydawało mu się. Byłam dziwna. Nawet bardziej. Zaniedbywałam przyjaciół w ich najgorszych momentach, a współpracowałam z Malfoyem, który załatwił mi jakimś sposobem ranę na środku brzucha.
Który mnie krzywdził, nawet gdy nie zdawał sobie z tego sprawy.
Przy którym nie mogłam być nigdy bezpieczna.
Który skrywał tajemnice.
Na którym zaczynało mi zależeć.

***

Nie wróciłam po kolacji do pokoju Gryfonów. Udało mi się wytłumaczyć Harry'emu i Ginny, że nie dam rady siedzieć przy całujących się Ronie i Lavender. Harry wyglądał na wściekłego, powiedział, że zachowujemy się jak banda dzieciaków i odszedł, potrącając po drodze jakichś pierwszaków. Ginny nie ruszyła się z miejsce.
-Cokolwiek ukrywasz, lepiej przestań - powiedziała, a ja spojrzałam na nią z uniesionymi brwiami.
-Słucham?
-Lepiej późno niż wcale, tępa egoistko! Nie widzisz, że ty i Ron krzywdzicie Harry'ego?! Nie odzywacie się do siebie od paru dobrych tygodni, Ron ciągle przebywa z Lavender, a ty bez przerwy gdzieś znikasz!
-Dla ciebie to bardzo wygodne, prawda? - warknęłam, nie mogąc dłużej słuchać jej wywodów nad tym, jacy jesteśmy okropni. - Już od dawna szukałaś sposobności, żeby się zbliżyć do Harry'ego, więc nie udawaj, że nie jesteś zadowolona z takiego obrotu sprawy! W końcu możesz wcielić swój plan w życie i zdobyć swojego Harry'ego Pottera! - Nie wytrzymywałam już tego napięcia. Krzyczałam na Ginny, bo powiedziała mi jako pierwsza prawdę w oczy. Nie mogłam tego słuchać. Dużo trudniej jest pogodzić się z prawdą, gdy ktoś poza nami ją zauważa. Ciekawe, jakby zareagowała, że zdradzam mojego najlepszego przyjaciela z jego największym wrogiem, którego ciotką jest morderczyni Syriusza Blacka, a ojciec jednym z najwierniejszych poddanych Voldemorta. Krzyczałam na nią, a rana na brzuchu mnie coraz bardziej bolała, ale nie zwracałam na nią uwagi.
-Ja przynajmniej nie szlajam się po nocach po zamku, jakbym nie miała przyjaciół, którzy potrzebują mojej pomocy. - Odeszła. Kolejna osoba mnie opuściła. A może to ja ich opuściłam? To wszystko było coraz bardziej skomplikowane.

***

Siedziałam na jakimś łóżku w naszym Pokoju Życzeń. Pozwalałam Malfoyowi zająć się moją raną, ponieważ pani Pomfrey na pewno dostałaby ataku serca. Poza tym ręce Malfoya, które były chłodne, ale jednocześnie wykonywał pewna ruchy, sprawiały mi dużo większą przyjemność niż niejedne dłonie pielęgniarek mogłyby sprawić. Ciągle mruczał jakieś zaklęcia, nakładał jakieś maści i znowu zaklęcia. I tak w kółko. W pewnym momencie jedno z zaklęć wywołało u mnie napad śmiechu, gdyż połaskotało mnie po całym brzuchu.
-Cholera jasna, Granger! Czy ty naprawdę nie możesz usiedzieć w jednym miejscu dłużej niż trzydzieści sekund? Jeszcze chwila i cię przywiążę.
-Trzydzieści sekund? Mruczysz te swoje zaklęcia od kilku minut, ile można leżeć jak trup? - warknęłam, a on w odpowiedzi dźgnął mnie różdżką w żebra.
-Zachowuj się, idiotko.
-Nie pozwalaj sobie, ty głupia, brudna...! - Niestety nie dane mi było dokończyć mojej miłej wiązanki epitetów w stronę tej łajzy, gdyż zakrył mi usta swoją dłonią.
-Niby taka inteligentna, a nie potrafisz zrozumieć, że rany po czarnoksięskich zaklęciach są naprawdę niebezpieczne. Uspokój się, to szybciej skończę i w końcu się od ciebie uwolnię! - krzyknął i gdy zobaczył moją naburmuszoną i zaciętą minę, odsunął dłoń i wrócił do nakładania jakichś mazideł, które rzekomo miały łagodzić mój ból.
-Wstań - rozkazał, a ja, nie zamierzając się do niego już nigdy więcej do niego odzywać, poniosłam się i stanęłam przed krzesłem, na którym siedział. Widać niezwykle świetnie się przy tym bawił. Złapał rękami moje dwa boki i odsunął mnie kawałek od siebie, by podziwiać "swoje dzieło".                  - Wiedziałem, że jestem niesamowity, ale tym razem przeszedłem samego siebie. - Parsknęłam na tę uwagę, lecz on tego nie skomentował, tylko sięgnął po bandaż, a mi pokazał palcem lustro, które stało niedaleko.
Westchnęłam ze złością i podeszłam do lustra, trzymając bluzkę, by widzieć swoją ranę, a raczej białą bliznę po niej. Nie mogłam się nadziwić, że ten człowiek potrafił zdziałać takie cuda. Dopiero po chwili zauważyłam w odbiciu lustra, że ani przez chwilę nie oderwał ode mnie wzroku.
-Co mi się tak przyglądasz? - zapytałam cicho, odwracając się w jego stronę. On dopiero po chwili jakby obudził się z jakiegoś dziwnego transu z marszczył brwi i wzruszył ramionami, odwracając się do mnie tyłem. Układał wszystkie rzeczy, które wyglądały jak z jakiegoś szpitala, robią porządek, mimo że nie było bałaganu. Jego zachowanie było podejrzane, ale nie zdążyłam nawet zapytać o co chodzi, bo po chwili znowu obrócił się do mnie przodem, trzymając w dłoniach nowy bandaż.
-Podejdź tu... - szepnął, a ja tym razem poczułam, jak jakaś niewidzialna siła mnie do niego ciągnie. Powoli podeszłam, a on nie podnosząc się z miejsca, owijał delikatnie bandażem, tak by mnie już więcej nie skrzywdzić. Kiedy skończył, jego dłonie nie oderwał od mojego brzucha, a jedynie lekko mnie objął. Uniósł wzrok, wpatrując się w moją twarz.
-Nawet nie wiesz, jak się boję - powiedział i pociągnął mnie na swoje kolana. Nie wiem kiedy zaczęliśmy, ale chwilę później podniósł się, przyciskając mnie do ściany i całując jak w amoku. Moje palce wplotłam w jego miękkie włosy, a on gładził dłońmi moje plecy, coraz mocniej napierając na moje ciało o zimną ścianę. Nasze języki wykonywały taniec, którego nikt nie był w stanie nam przerwać. Nikt nigdy mnie tak nie całował, nawet Krum. Niestety, pocałunki nigdy nie trwają wiecznie, tak jak wszystko na tym świecie, kiedyś muszę się skończyć.
Malfoy gwałtownie ode mnie odskoczył, jakby popełnił największy grzech w całym swoim życiu. W jego i jego ojca mniemaniu na pewno tak było.
-Przepraszam - powiedział, po czym nic więcej nie dodając, opuścił pomieszczenie niemal wybiegając, ale nadal zachowując swoją arystokratyczną postawę.
A ja? Ja nie byłam arystokratką. Mogłam sobie pozwolić na łzy, które spływały po moich policzkach małymi strużkami, tym samym rozmazując mój makijaż.



________________________
Przedostatni rozdział pierwszej części. Mam nadzieję, że wynagradza Wam on kilka miesięcy czekania. Krótki, ale wiele się dzieje. Dużo wątków, ale wszystkie zostaną wyjaśnione już niedługo.
Niezabetowany, chciałam po prostu dodać go jak najszybciej.
Przepraszam za zwłokę i pozdrawiam,
Cave Inimicum

piątek, 1 sierpnia 2014

7. dubitatio

  Tej nocy praktycznie nie spałam. Zastanawiałam się, czy Malfoy zrozumie moją notatkę. W dodatku zaczęły zżerać mnie wyrzuty sumienia. Wiedziałam, że postępuję źle w stosunku do Harry'ego. Wiedziałam, że te nowiny były dla niego bardzo ważne. Kiedy wróciłam do pokoju, patrzył na mnie zdziwionym wzrokiem, a podczas rozmowy ciężko było mi utrzymać spojrzenie prosto w jego oczy. Na szczęście udało mi się znaleźć wymówkę, że wydawało mi się, iż wiem coś więcej o tej szafce, a później szukałam nawet czegoś w bibliotece. Bo widzicie, nie wróciłam od razu do Pokoju Wspólnego. Liczyłam na to, że Ślizgon wejdzie tam przypadkiem lub celowo, ale jak zwykle się zawiodłam. Zerknęłam więc na rozpiskę i zauważyłam, iż zostało dodać tylko skórę boomslanga oraz róg dwurożca.  No i, rzecz jasna, odrobinę kogoś, w kogo ten ktoś miał się zamienić, ale tym nie zamierzałam sobie zaprzątać głowy. Tak więc został najwyżej tydzień na dokończenie eliksiru. Miałam nadzieję, że później nie będę miała już więcej do czynienia z Malfoyem. Jakże byłam naiwna.
  Dzień standardowo zaczęłam od śniadania oraz czytania podręcznika do Obrony przed Czarną Magią. Snape zapowiedział, iż po Świętach będziemy ćwiczyć zaklęcia niewerbalne i wiedziałam, że muszę być przygotowana. Dawny nauczyciel Eliksirów tylko czekał aż któremuś z Gryfonów powinie się noga.
  -Dzień dobry! - zawołała Ginny, opadając obok mnie na ławkę i nakładając sobie trzy naleśniki z serem.
-Cześć - odpowiedziałam, przełykając kęs tosta i nie odrywając wzroku od lektury. Nieopodal słyszałam mlaskanie charakterystyczne dla Rona i Lavender, ale tym razem nawet mnie to nie zabolało. Jednak nie potrafiłam powstrzymać się od rzucenia w ich stronę pogardliwego spojrzenia. Ginny najwyraźniej źle to zinterpretowała, bo powiedziała:
  -Ronowi na niej nie zależy, mówił mi, że chce z nią zerwać, tylko nie wie jak. - Słysząc tę wypowiedź zmarszczyłam brwi. Zastanawiałam się, dlaczego nie poczułam fali radości na tę informację. Przecież jeszcze niedawno płakałam na każde choćby wspomnienie jego imienia, a wtedy było mi to po prostu... obojętne.
Na całe szczęście nie musiałam odpowiadać nic, gdyż dzwon oznajmił początek lekcji. Pożegnałam się więc z Ginny i ruszyłam w stronę lochów. Pomimo zmiany stanowiska, profesor Snape nadal nauczał w tamtej części zamku. Po drodze wpadłam na Harry'ego, który najwyraźniej spóźnił się na śniadanie. Wyrwał z mojej dłoni niedokończonego tosta i sam postanowił go dojeść.
  -I jak, Harry, gotów na zaklęcia niewerbalne? - W odpowiedzi usłyszałam niezadowolony pomruk i zerknęłam rozbawiona w stronę mojego przyjaciela. Najwyraźniej tak napchał się tostem, iż nie mógł mówić. - Niech zgadnę, tak cię zafrasowała sprawa z Malfoyem, że zupełnie zapomniałeś o powtórzeniu tego tematu? - zapytałam ze złością, a widząc potwierdzenie głową, prychnęłam głośno.
-Hermiono, ja wiem, że on coś knuje, jestem pewny, że to on zaczarował naszyjnik, który spowodował, że  Katie jest w Mungu, oraz że jest Śmierciożercą! - krzyknął na jednym wydechu Harry zaraz po przełknięciu tosta, a ja rozejrzałam się niespokojnie po korytarzu, czy przypadkiem nie ma w pobliżu żadnych Ślizgonów. Zaczęliśmy schodzić do lochów i spotkanie ich tutaj było bardzo prawdopodobne. Zwłaszcza że mieliśmy Obronę przed Czarną Magią właśnie z nimi.
Nagle, ponad głowami innych uczniów, spostrzegłam jasną blond czuprynę, a moje serce gwałtownie przyspieszyło. Niestety Harry też go zauważył.
-Czy mi się wydaje, czy Malfoy pierwszy raz od dłuższego czasu pojawił się na zajęciach u Snape'a?! - syknął Harry, a ja nastąpiłam mu na stopę, gdyż właśnie odwrócili się w naszą stronę Zabini, Nott, Parkinson oraz... Malfoy. Widziałam, że Draco niespokojnie zerka w moją stronę, lecz po chwili przybrał na usta swój ironiczny uśmieszek.
  -Co jest, Potter? Gdzie zgubiłeś swojego zdrajcę krwi? Rozprzestrzenia swoje choróbska wśród innych Gryfonów? - sarknął Zabini, a Harry już sięgał po różdżkę, jednak ja przytrzymałam go za łokieć.
-Ooo, szlamcia coś dzisiaj nam ucichła. Czyżby szlam wyżarł ci język? - zapiszczała Parkinson i spojrzała zadowolona ze swojego żartu na przyjaciół, a ja ze zdziwieniem spostrzegłam, że zamiast usłyszeć śmiech grupki Ślizgonów, ujrzałam tylko zaniepokojone miny Zabiniego i Notta, którzy patrzyli teraz na Malfoya. Przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że Draco coś powie Parkinson, jednak na scenie pojawił się Snape i mrużąc oczy, otworzył nam drzwi od sali. Usiadłam razem z Harrym w ostatniej ławce, ale na szczęście on tylko patrzył ze złością na Zabiniego i chyba nie zwrócił uwagi na dziwne zachowanie uczniów ze Slytherinu.
  -Dzisiaj, tak jak już zapowiedziałem przed Świętami, przećwiczymy zaklęcia niewerbalne. Zauważyłem na korytarzu, iż prawdopodobnie Gryfonom brakowało przez ten czas towarzystwa Ślizgonów... - Snape zrobił pauzę, uśmiechając się przy tym złośliwie i rozejrzał się po klasie. - więc postanowiłem, że dzisiaj rozbijemy wszystkie wasze Drużyny Marzeń. Więc... Potter i Zabini, do pierwszej ławki. - Usłyszałam, jak Harry zaklął pod nosem, jednak nie byłam w stanie go pocieszyć, ponieważ bałam się, z kim ja zostanę połączona. - Dalej... Może Weasley i Parkinson, Longbottom z Greengras, Brown z Nottem, Bulstrode z Thomasem, a Granger... - zrobił dramatyczną pauzę, a ja już wiedziałam, co usłyszę. - z panem Malfoyem, zapraszam. - Omal nie spadłam z krzesła, gdy jednak moje przypuszczenia się sprawdziły. Widziałam wściekły wzrok Harry'ego, zadowolone spojrzenie Zabiniego oraz obojętny wyraz twarzy Malfoya. Wstałam i na trzęsących się nogach ruszyłam w kierunku ławki Dracona. Moja twarz paliła niemiłosiernie i wiedziałam, że pewnie jestem czerwona jak piwonia. Nie słyszałam już przydzielania Snape'a, nie słyszałam już właściwie nic. Miałam wrażenie, że czas się zatrzymał. W dodatku byłam wściekła, że Malfoy jak na złość użył za dużo swojej wody kolońskiej, która odurzała bardziej niż Eliksir Miłosny. Snape musiał najwyraźniej skończyć przydzielać pary według swoich chorych wymysłów, bo nagle wszystkie ławki zniknęły i stały teraz po bokach sali.
  -Dzisiaj zaczniemy od prostego zaklęcia rozbrajającego, Expelliarmus. Jak już mówiłem, przed przerwą świąteczną, zaklęcia niewerbalne to zaklęcia rzucane bez pomocy słów. Są one trudne do opanowania, a ich użycie wymaga silnej koncentracji i skupianie. - Tu przerwał na chwilę i rzucił jedno sceptyczne spojrzenie w stronę Neville'a, a później w stronę Harry'ego. - Opanowanie ich daje silną przewagę i korzyść, między innymi podczas pojedynków. Proszę się teraz ustawić w pozycji wyjściowej. Nie mam zamiaru was ustawiać prawidłowo, bo powinniście na tym etapie nauki umieć tak banalną rzecz - warknął i stanął na podeście, aby lepiej wszystkich widzieć.
  Rozejrzałam się po sali, by nie widzieć denerwującego mnie spojrzenia Malfoya. Najwyraźniej znowu świetnie się bawił, jednak ja nie zamierzałam zaczynać z nim rozmowy.
  -Dzięki, Granger - powiedział, a ja podskoczyłam, słysząc jego cichy szept. Przymknęłam oczy, policzyłam do trzech i dopiero teraz byłam gotowa spojrzeć w jego oczy, unosząc przy tym wysoko brodę.
  -Za co niby?
-Za notatkę, Granger, za notatkę - mruknął, po czym wyjął powoli różdżkę, aby nie wzbudzać podejrzeń naszą rozmową. Zrobiłam to samo i odeszliśmy od siebie kilka kroków, podnosząc różdżki. W sali było cicho, czasem słyszałam tylko jakieś przekleństwa, gdy przykładowo różdżka Neville'a wystrzeliła i prawie dziabnęła Greengras w oko.
  Uśmiechnęłam się złośliwie pod nosem i postarałam skupić całą swoją uwagę na Zaklęciu Rozbrajającym. Chciałam być lepsza od Malfoya, nie mogłam pozwolić, by to on pierwszy zwyciężył. Dłoń trzęsła mi się przy tym jak osika, prawdopodobnie od nadmiaru emocji, które kumulowały się we mnie od kilkunastu minut. Lub nawet dni, patrząc na to z perspektywy czasu. Jak dotąd przebywałam z Malfoyem w miarę pokojowych stosunkach wyłącznie w Pokoju Życzeń. Wtedy było inaczej, musieliśmy choć trochę udawać. A przynajmniej ja, bo wtedy jeszcze nie wiedziałam, która z masek Malfoya była nawet odrobinę zbliżona do jego prawdziwego oblicza.
Nie czekając na reakcję chłopaka, od razu rzuciłam zaklęcie rozbrajające i z dumą zauważyłam, iż udało mi się to jako jedynej. Malfoy najwyraźniej spodziewał się, że dokładnie wszystko przećwiczyłam, ponieważ rzucił zaklęcie obronne. Rzecz jasna, niewerbalnie. Musiałam przybrać na twarz naprawdę zaskoczoną minę, gdyż Draco roześmiał się ironicznie, jednak cały czas miał przygotowaną różdżkę w pogotowiu. Wściekła i czerwona po cebulki włosów, zaczęłam rzucać jedno zaklęcie po drugim, a Malfoy cały czas je odpierał prostymi tarczami, które wyczarowywał bez najmniejszego problemów. W końcu skupiłam całą swoją uwagę na chęci rozbrojenia Ślizgona i rzuciłam naprawdę potężne zaklęcie, które po raz kolejny odbiło się od Malfoya i tym razem moja różdżka wyślizgnęła mi się w dłoń i wylądowała u stóp Dracona. Podniósł ją i zaczął obracać ją w rękach, jakby była jego własnością.
  -Wspaniale, panie Malfoy, dziesięć punktów dla Slytherinu - oznajmnił szczęśliwy Snape, a mi opadła szczęka ze zdumienia. Zadaniem było rzucić zaklęcie Expelliarmus, a nie odeprzeć je i zabrać mi różdżkę! Miałam już zaprotestować, gdy nagle usłyszałam głos Harry'ego:
  -Drętwota! - krzyknął, lecz Zabini odbił je zaklęciem.
  -Expulso! - odkrzyknął jego przeciwnik, ale na szczęście Harry'emu udało się schylić w ostatniej chwili i kilka słoików rozbiło się pod wpływem czaru tuż nad jego głową.
Zerknęłam z niepokojem na Snape'a, który w końcu postanowił interweniować, jednak omal sam nie oberwał zaklęciem. Przeniosłam wzrok na Malfoya, który bez słowa odrzucił mi różdżkę i ruszył odciągnąć Zabiniego. Ja sama postanowiłam pomóc Harry'emu, ponieważ jego wspaniały przyjaciel, Ron, tylko przyglądał się całemu zdarzeniu z przerażoną miną. Zresztą tak jak cała klasa.
  -Potter, Zabini! - krzyknął Snape przez zaciśnięte zęby, a ja w tym samym momencie złapałam mojego przyjaciela za łokieć i opuściłam jego różdżkę. Z przerażeniem zauważyłam, że Malfoy nie dość, że nie zrobił tego samego z różdżką Blaise'a, to w dodatku sam celował różdżką w Harry'ego. Dopiero gdy Snape stanął pomiędzy nimi, prawie zielony na twarzy ze złości, opuścili różdżki.
  -Oboje macie szlaban, macie zostać po lekcji! A wy na co czekacie?! - warknął profesor, patrząc po całej klasie z wściekłością. - Wynocha, już dawno był dzwonek!
  Położyłam mojego przyjacielowi dłoń na ramieniu i ówcześnie idąc po swoją torbę, wyszłam z sali. Poczekałam aż wszyscy się rozejdą i stanęłam pod drzwiami, czekając na Harry'ego. Zauważyłam, że Malfoy również czekał.
-Dlaczego nie opuściłeś różdżki? - syknęłam w jego stronę, a Malfoy ze znużeniem uniósł brwi ku górze.
  -Potter sam się prosi o porządny  urok, więc ciesz się, że się powstrzymałem - warknął, nachylając się w moją stronę ze złością, jakby ledwo się powstrzymywał, aby i mnie nie potraktować jakimś paskudnym zaklęciem.
  -Kim ty tak naprawdę jesteś, Malfoy? - szepnęłam i kręcąc z niedowierzania głową, ruszyłam w Wielkiej Sali, zostawiając chłopaka ze zdziwioną miną na korytarzu. Dopiero kilka kroków dalej usłyszałam, że ktoś za mną idzie.
  -Granger, zaczekaj! - Spojrzałam przed siebie. Ze zdziwieniem spostrzegłam, że to Nott właśnie szedł ku mnie z przeciwnej strony.
  -O co chodzi? - zapytałam z przekąsem, nawet nie siląc się na uprzejmość.
  -Czy to prawda, że nie uczysz już Malfoya oklumencji? - zapytał, a ja omal nie upadłam na ziemię. Nie mogłam uwierzyć w to, co się działo w tej szkole.
  -S-Skąd o tym wiesz? - szepnęłam i z rozejrzałam się wokoło, czy przypadkiem nikt tego nie usłyszał. Nott machnął ręką, jakby uznał, że to nieistotny szczegół i kontynuował:
  -Granger, nie możesz przerwać tych lekcji, rozumiesz? Nie obchodzi mnie, kto je przerwał. Jeżeli to Malfoy, to musisz go do tego namówić, od tego naprawdę wiele zależy. Przypuszczam, że nawet sam Draco nie wie, ile w przyszłości może mu to pomóc.
  -Ale... Ale o co wam wszystkim chodzi? - spytałam drżącym głosem, lecz Nott tylko pokręcił głową i odszedł szybko w stronę, z której przyszedł.  Z nadmiaru wszystkich zdarzeń tamtejszego dnia poczułam przeszywający ból głowy. Miałam niesamowity mętlik. Zamiast zbliżać się do końca problemów, zbierało się ich coraz więcej. Najpierw Dumbledore, który wymagał ode mnie cudów i że będę pomagać jednemu z największych dupków na świecie, później sam obiekt rozmowy - Malfoy - który zechciał, żebym uczyła go oklumencji i pomogła naprawić szafkę, o której sam nie miał pojęcia i dopiero informacje Harry'ego zdołały mu w tym pomóc. Jednocześnie mieszał mi w głowie swoim dziwnym zachowaniem. Z jednej strony sprawiał wrażenie, jakby chciał mnie pocałować, a chwilę po tym znikał na kilka dni, a kiedy w końcu się zjawiał, to celował różdżką w mojego przyjaciela i to w dodatku, gdy stałam tuż obok niego. No i jeszcze ta prośba Notta i Samantha, która zniknęła na całe Święta! Miałam już tylko ochotę zniknąć i zaszyć się w jakimś odległym miejscu.
  Wchodziłam już po schodach, by nareszcie opuścić lochy, w których tamtego dnia tyle się wydarzyło, gdy nagle usłyszałam głos Harry'ego:
  -Hermiono, poczekaj! - zawołał, a ja zrobiłam to, o co prosił, przystając w połowie drogi na górę. - Dlaczego na mnie nie poczekałaś? - zapytał zmartwiony, a ja w jego oczach dostrzegłam ogromną troskę. Po raz kolejny zaczęły zżerać mnie wyrzuty sumienia. Najwyraźniej Harry zauważył moje zaszklone oczy, ponieważ zapytał:
  -Wszystko w porządku?
  W odpowiedzi jedynie pokiwałam głową i wzięłam kilka głębszych wdechów. I wiecie... Byłam o krok od wyznania mu prawdy. Wszystko przepadło, gdy spojrzałam ponad jego ramieniem i ujrzałam u stóp schodów Malfoya, wpatrującego się we mnie z przenikliwością. Harry odwrócił się, aby ujrzeć obiekt mojego zainteresowania, a wyraz jego twarzy od razu się zmienił.
  -Chciałbym w końcu, żeby powinęła mu się noga - mruknął z nienawiścią i ruszył w górę, a ja podążałam za nim, starając się nie odwracać. Kiedy jednak to zrobiłam, Malfoya już tam nie było.
Byliśmy już nieopodal Wielkiej Sali, idąc obok siebie w milczeniu i pogrążeni we własnych myślach. Harry zapewne próbował wpaść na pomysł, jak przyłapać Malfoya na gorącym uczynku. Podejrzewałam, że jeszcze tego dnia będzie chciał odzyskać Mapę Huncwotów oraz pelerynę-niewidkę, a ja znowu będę musiała uważać, żebym nie wpadła po uszy. Ja z kolei rozmyślałam nad moją rozmową z Nottem. Musiał wiedzieć coś więcej niż ja. Prawdopodobnie wiedział więcej nawet od samego Malfoya.
  -Co z twoim szlabanem? - zapytałam tak niespodziewanie, że zauważyłam, jak Harry podskoczył. Usiedliśmy właśnie przy stole Gryfonów i nakładaliśmy sobie drugie śniadanie w postaci jajecznicy na bekonie.
  -Straciłem dwadzieścia pięć punktów oraz zaraz po lekcjach muszę stawić się w sali Snape'a, aby posprzątać całe pomieszczenie - powiedział Harry z niezadowoleniem wypisanym na twarzy.
  -A Zabini?
  -Zabiniemu odjął pięć punktów przy mnie, a kiedy rzekomo miał mu zadać szlaban, kazał mi wyjść. Podejrzewam, że dostał dodatkowe punkty. Dziwne, że nie wlepił mu jeszcze medalu za specjalne zasługi dla szkoły - mruknął, a ja zdałam sobie sprawę, że Harry miał rację, gdy zauważyłam wchodzącego Ślizgona z zadowoleniem wypisanym na twarzy. No tak, Snape od zawsze faworyzował uczniów ze swojego domu, zazwyczaj kosztem Gryfonów.
  -Powiedz mi, Hermiono... zauważyłaś coś dziwnego na Mapie Huncwotów? - zapytał Harry, nie spuszczając ze mnie wzroku.
  -Niestety, ale Malfoy praktycznie cały czas przebywał w salonie Ślizgonów, nawet pojawił się na uczcie bożonarodzeniowej, nad czym ubolewam - skłamałam i z przerażeniem zauważyłam, że coraz łatwiej mi to przychodzi.
  -Musiałaś mieć paskudne Święta, prawda?
  -Nie było tak źle, nie były najwspanialsze, ale dało się przeżyć. A... jak ty się czujesz, Harry? - zapytałam miękkim głosem, wpatrując się w mego przyjaciela przenikliwym spojrzeniem. Tak naprawdę nigdy nie rozmawiał ze mną lub z Ronem ani z kimkolwiek innym na temat śmierci Syriusza. Prawdopodobnie wolał w samotności przeżyć tak straszliwą stratę najważniejszej osoby w jego życiu i mimo że udawał wesołego, ja widziałam jak czasem się wyłączał. Wiedziałam również, że cały czas nosił przy sobie kawałek lusterka, które niegdyś należało do jego ojca i samego Syriusza. Wyglądało na to, iż nadal liczył, że ujrzy w nich swojego ukochanego ojca chrzestnego.
Harry spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem, jakby od razu zrozumiał, o co pytam. Po chwili nie mógł znieść mojego spojrzenia i odwrócił swoje, wpatrując się w talerz.
  -Było... miło. Mama Rona jak zwykle ugotowała sporo jedzenia i każdemu zrobiła sweter, a Percy po raz kolejny odesłał swój prezent. Pokłóciłem się też trochę z Lupinem o Snape'a, ale chyba już jest okej, a...
  -Harry... - przerwałam mu ten potok słów, czując jak w gardle zbiera mi się nieprzyjemna gula. Było mi niewyobrażalnie przykro, widząc jak mój przyjaciel próbuje na wszelkie sposoby ukryć swój ból.
  -Wybacz, Hermiono, ale muszę iść na wróżbiarstwo. Powodzenia na starożytnych runach - powiedział, po czym zostawiając pół zawartości talerza, opuścił jak najszybciej Wielką Salę. Westchnęłam ze zrezygnowaniem i postanowiłam ruszyć na lekcje.
  Prawda jednak była taka, że zbliżała się noc, a właśnie wtedy miałam dodać przedostatni składnik do eliksiru. Podświadomie czułam, że coś się wydarzy, dlatego ciężko było mi się na czymkolwiek skupić.


***


  Jak zwykle w takie wieczory, czekałam w salonie Gryfonów, aż całkowicie opustoszeje. Harry nie pytał o Mapę Huncwotów ani o pelerynę-niewidkę. W zasadzie dobrze się złożyło. Miał wtedy wystarczająco na głowie, więc sprawa Malfoya zeszła na drugi plan, a na pierwszy wysunęły się treningi quidditcha, sprawa ze wspomnieniem Slughorna, zaległości w szkole oraz problemy ze Snapem, który, nie mogąc znieść, że Harry daje sobie świetnie radę nie tylko u niego na Obronie przed Czarną Magią, ale także na Eliksirach, których jeszcze rok wcześniej nauczał, zaczął zadawać jeszcze więcej prac domowych i dodatkowych ćwiczeń. No i w dodatku, od czasu do czasu, o ile Dumbledore był w Hogwarcie, analizowali dokładnie wspomnienia Voldemorta. Harry nic z nich jeszcze nie rozumiał, co jeszcze bardziej mąciło mu w głowie.
  Obiecałam więc Harry'emu, że w razie, gdybym dostrzegła coś ciekawego na mapie, to zaraz  go o tym powiadomię. Prawda jednak była taka, że kiedy tylko nadarzała się okazja, to przyglądałam się w kropkę z nazwiskiem Draco Malfoy. Czasem rozglądałam się za Samathą Raven, ale jej tajemnicze zniknięcie z Hogwartu było coraz bardziej namacalne i nawet nauczyciele zaczęli się martwić. Oczywiście próbowali zatuszować wszelkie dowody, tłumacząc, że zachorowała i niektórym uczniom to wystarczało, ale nie mi. Początkowo Ginny towarzyszyła mi w snuciu różnych hipotez i poszukiwaniu poszlak świadczących, że panna Raven zniknęła ze szkoły z innych powodów aniżeli poważna grypa, jednak z czasem i ona uznała, że gdyby coś się działo, to na pewno by się to zaraz rozeszło po szkole i poinformowała mnie, że mam taką samą paranoję na punkcie Sam, jak Harry na punkcie Malfoya. Lecz niezależnie od zapewnień kadry nauczycielskiej i kilku osób z Gryffindoru, coś cały czas podpowiadało mi, iż ma to związek z ostatnim wypadkiem, którego ofiarą była Katie Bell. Możliwe, że już wtedy zostałoby to zatuszowane, gdyby Katie nie była graczem w drużynie qudditcha oraz gdyby nie było przy tym aż tylu świadków. Zamierzałam rozwiązać tę zagadkę, ale dopiero gdy Eliksir Wielosokowy będzie gotowy.
Siedziałam w moim ulubionych fotelu przy kominku. Było już kilka minut przed pierwszą, a za oknem znowu zerwała się śnieżna wichura. Wszyscy uczniowie, w tym ja, nie mogli się doczekać, aż nadejdzie wiosna, a tuż z nią ciepło, dzięki któremu będą mogli odrabiać prace domowe nad jeziorem, oglądając przy tym wylegująca się na słońcu kałamarnicę. Podniosłam leniwie wzrok, rozglądając się po pomieszczeniu i ujrzałam w nim jeszcze dwójkę siódmoklasistów, którzy najwyraźniej już zakuwali do owutemów. Wróciłam spojrzeniem na mapę i ze zdziwieniem spostrzegłam Malfoya, który był na schodach między drugim a trzecim piętrem. Serce gwałtownie mi przyspieszyło, ponieważ wiedziałam, że szedł w kierunku Pokoju Życzeń. Uradowałam się, gdyż myśl o tym, iż spotkam Ślizgona tamtego dnia i być może porozmawiam z nim choć trochę normalnie, dawała mi niesamowitego kopa niczym mugolski energetyk. Problemem byli tylko Gryfoni siedzący jeszcze w Pokoju Wspólnym, lecz musiałam coś wymyślić.
  Udając ogromne zmęczenie, zerknęłam jeszcze na mapę i zauważyłam, że Mafloy jest już na piętrze piątym. Trochę podziwiałam chłopaka; w końcu szedł w nocy i najwyraźniej nie bał się konsekwencji, jakie spotkałyby go, gdyby wpadł na któregoś z nauczycieli.
  Poszłam w stronę schodów do dormitorium, a para siedząca przy stole nawet nie zwróciła na mnie uwagi. W połowie drogi na górę przystanęłam i narzuciłam na siebie pelerynę Harry'ego, wyjmując ją ówcześnie z torby. Dopiero gdy wyszłam i znalazłam się poza zasięgiem wzroku Grubej Damy, zatrzymałam się i wyjęłam mapę. Malfoy był już na moim piętrze i, tak jak przypuszczałam, szedł do Pokoju Życzeń. Stanął przed drzwiami i trzymając się za brodę, przeszedł kilka razy aż w końcu ukazały się wrota prowadzące do środka. Cichaczem wślizgnęłam się za nim zanim zdążył choćby wziąć oddech.
  -Granger? - zapytał w przestrzeń z niemal namacalnym niepokojem w głosie. Malfoy prawdopodobnie martwił się, że zrezygnowałam nie tylko z warzenia eliksiru, ale straciłam także chęć na penetrację jego umysłu.
  Chciałam już się ujawnić, gdy nagle stało się coś, co zmieniło wszystko.
Draco oparł się dłońmi o blat stołu i napierając na nie, spuścił głowę, a z jego ust wydobył się histeryczny szloch. Był to ten rodzaj rozpaczy, który widziałam u Harry'ego dwa razy - gdy dowiedział się, że to rzekomo Black wydał jego rodziców, mimo że był ich przyjacielem oraz w chwili, gdy Syriusz wpadł za tę przeklętą zasłonę.
Podeszłam cicho, stając z lewej strony Malfoya i naprawdę do tej pory nie wiem, skąd znalazłam u siebie tyle odwagi, aby wysunąć  prawą dłoń spod peleryny i położyć ją na ramieniu chłopaka, a drugą zsunąć z siebie przykrycie, które ukrywało moją obecność w tym pokoju.
  I wiecie co? Draco Malfoy nie odtrącił mojej dłoni, nawet gdy zrozumiał, że byłam świadkiem jego chwili słabości.
  Od tamtej pory nic już nie było takie, jak dotychczas...


_____________

Rozdział skończony!
Chyba jestem z niego zadowolona. Powoli akcja się rozkręca i możliwe, że za jakieś 5 rozdziałów będzie koniec... części pierwszej. :) Zobaczę tylko, ile mi to zajmie, może więcej niż pięć, zobaczymy.
Miało być 8 stron Worda, jest 7, ponieważ chciałam skończyć w tym momencie. ;) Niestety, nie umiem pisać długich rozdziałów, ale walczę z tym. :D
Jestem trochę zawiedziona liczbą komentarzy pod ostatnim rozdziałem, ale może jest to głównie z mojej winy - zbyt długo przerwa między piątym a szóstym rozdziałem. Mam nadzieję, że po tym będzie ich więcej.
W tym tygodniu wyjeżdżam (7.08) na dwa tygodnie, lecz postaram się coś jeszcze dodać. Może nie tyle rozdział, co jakąś miniaturkę, ale nie obiecuję, ponieważ mam jeszcze urwanie głowy z organizacją mojej osiemnastki, która jest właśnie za mniej niż dwa tygodnie. :) No zobaczymy. Rozdział ósmy zaczęłam już pisać, to może mi się uda.

Pozdrawiam i liczę na komentarze,
Cave Inimicum

PS. Zmieniłam trochę playlistę, zwłaszcza jej wygląd. Mam nadzieję, że podoba się Wam ona choć w połowie tak jak mi. <3
Czekam również na nowy szablon, trochę mi się ten znudził, chociaż jest taki piękny. :)

wtorek, 22 lipca 2014

6. opertum

Pomieszczenie rozpłynęło mi się przed oczami i zniknęło, a w moim umyśle różne sceny goniły za sceną, początkowo ciężko było cokolwiek zauważyć. Odnosiłam wrażenie, jakby ktoś puścił film na największym przyspieszeniu. Nagle, zupełnie niespodziewanie, obrazy zwolniły i zaczęły pojawiać się niczym stopklatki na kilka sekund i zaraz zmieniały się na inne.
Mały chłopiec bawiący się ze szczeniakiem; Lucjusz Malfoy uderzający kobietę o białych włosach, która upada z łoskotem na marmurową posadzkę; czerwone iskry odbijające się od ścian; sklep Olivandera i kupno pierwszej różdżki; Ekspress Londyn-Hogwart, do którego wsiada jedenastoletni chłopiec;  list od ojca, w którym wyraża swoje niezadowolenie związane z jego gorszymi ocenami od pewnej szlamy... Bellatriks ćwicząca zaklęcia na siedmioletnim na oko chłopcu...
                  – Nie! – krzyknął niespodziewanie Malfoy i upadł na kolana, podpierając się dłońmi o posadzkę. Ciężko oddychając, przymknął oczy i usiadł na podłodze, wycierając dłonią spocone czoło.
Poczułam nagłą chęć podejścia do chłopaka, jednak gdy wykonałam tylko jeden niepewny krok w jego stronę, Ślizgon pokręcił jedynie głową i wstał. Nie patrzył na mnie, miałam wrażenie, że za wszelką cenę unikał mojego spojrzenia. Nie mogłam wydusić z siebie żadnego słowa. Powinnam wiedzieć, że to zły pomysł. Nie miałam prawa zaglądać w jego wspomnienia.
Po kilkunastu minutach, w ciągu których blondyn zdążył opróżnić całą szklankę Ognistej Whiskey, Draco podparł się dłońmi o kolana i spojrzał ma mnie przenikliwym wzrokiem, uśmiechając się przy tym. Na chwilę zaparło mi dech w piersiach, ponieważ nigdy nie widziałam, aby się tak szczerze uśmiechnął.
                  – Nie kłamałaś, Granger, nie jest to takie proste – mruknął chłopak i prostując się, na nowo przybrał swoją klasyczną maskę obojętności. Ja tymczasem przybrałam na twarz minę pod tytułem: "A nie mówiłam?" na co Malfoy prychnął ze złością.
                   – Musimy to powtórzyć, teraz.
Zrobiłam wielkie oczy. Nie spodziewałam się, iż Ślizgon będzie chciał ponownie ze mną przez to przechodzić. Uznałam, że zrezygnuje z ćwiczeń oklumencji ze szlamą, która mogłaby wykorzystać jego wspomnienia przeciwko niemu samemu. Chciałam się sprzeciwić, ale Malfoy już ustawił się w pozycji obronnej, a jego determinacja wypisana na twarzy zmusiła mnie to ponownego rzucenia zaklęcia.
                     – Legilimens – szepnęłam, a Draco ponownie nie zdołał się obronić. Ja tymczasem ponownie patrzyłam na jego wspomnienia.
Tym razem dostałam się do jeszcze gorszych obrazów. Widziałam wijącego się Draco pod wpływem zaklęcia Cruciastusa; zielony promień, który ugodził w dorosłego brązowego labradora i klęczącego przy nim czternastoletniego chłopaka; Mistrzostwa Świata Quidditcha; szafka, którą Malfoy próbuje naprawić; miód pitny, nad którym Draco stoi z trzęsącymi się dłońmi...
                     – Dość! – krzyknął i spojrzał na mnie przerażony. Pomyślałam, że musi chodzić o jego bezsilność przez zaklęcia, którym został poddawany. I o jego słabość nad martwym psem, którego najwyraźniej bardzo kochał. Potrafiłam to zrozumieć, sama miałam świra na punkcie Krzywołapa, jednak do Malfoya ani trochę to nie pasowało.
                 – Malfoy, sądzę, że wystarczy na dzisiaj.
Chłopak nieznacznie kiwnął głową, a ja opuściłam pomieszczenie.


***


Następnego dnia wstałam wyjątkowo wcześnie. Nawet słońce nie zdołało porządnie wznieść się ponad horyzont Zakazanego Lasu. Westchnęłam i ze zdziwieniem spostrzegłam kupkę prezentów leżącą u stóp mego łóżka. W dormitorium byłam sama, więc nie słyszałam pisków Lavender na widok podarunku od Rona ani nie musiałam wysłuchiwać po raz setny jej wywodów, jaki wspaniały naszyjnik da swojemu chłopakowi. Jak łatwo zauważyć, nie ubolewałam nad swoją samotnością w Święta. Sięgnęłam po małą paczuszkę znajdującą się na samej górze i z uśmiechem spostrzegłam, że jest ona od mojego przyjaciela, Harry'ego. Podarował mi cienką srebrną bransoletkę z osadzonymi w niej czerwonymi cyrkoniami. Ucieszyłam się niesamowicie, ponieważ lubiłam taką subtelną biżuterię. Do opakowania dołączony był list ,w którym Harry zapowiedział mi niesamowite nowiny od pana Weasleya, a ja od razu domyśliłam się, że będzie chodziło o Malfoya. Następnym prezentem była paczka z domowymi babeczkami z budyniem od rodziców Rona. Najwyraźniej Molly Weasley musiała usłyszeć od Ginny, jak zachował się jej syn w stosunku do mnie, bo inaczej pewnie nie dostałabym nic. Doskonale pamiętałam, gdy w czwartej klasie ich mama przez chwilę mnie nie lubiła za historie przebiegłej Rity Skeeter. Tym razem musiała mi nawet współczuć. Dostałam także od rodziców komplet trzech dramatów Williama Shakespeare'a, na który składały się książki pt.: "Makbet", "Hamlet" oraz "Romeo i Julia". Każda z nich była oprawiona w brązową skórę, a litery mieniły się złotym blaskiem. Hagrid podarował mi jeden ze swoich kiepskich domowych wypieków, który wyglądał jak kawał głazu, ale wywołało to na moich ustach szeroki uśmiech. Na moim łóżku została już tylko jedna paczka, która była od Ginny. W środku znalazłam przepiękną czarną sukienkę z odsłoniętymi plecami. Zastanawiałam się, skąd wziął się u niej pomysł takiego podarunku, ale byłam przeszczęśliwa.
Po przejrzeniu prezentów musiałam to wszystko posprzątać i postanowiłam do uczty przeczytać "Makbeta" i zerknąć na stan Eliksiru Wielosokowego.


*** 


                  – Może chcesz jeszcze trochę puddingu świątecznego, Terry? – zapytał profesor Dumbledore Krukona z siódmej klasy, podsuwając mu miskę z potrawą.
                  – Z wielką chęcią, dziękuję, panie profesorze.
Rozglądałam się po stole, próbując zauważyć, ile osób zostało w szkole. Zauważyłam jeszcze dwóch Puchonów z trzeciej klasy, jednego Ślizgona z pierwszej oraz Krukona z równoległej klasy. Ku mojemu rozczarowaniu, nie dostrzegłam Malfoya, mimo że liczyłam na zobaczenie się z nim. Nieopodal mnie siedziała Samantha i dopiero teraz spostrzegłam, że wyjątkowo rzadko widywałam ją w Pokoju Wspólnym. Wiedziałam, że muszę przyjrzeć się na Mapie Huncwotów, o ile znowu nie zapomnę o niej przez pewnego Ślizgona.
Przy stołach siedzieli również wszyscy profesorowie, nawet pojawiła się nauczycielka wróżbiarstwa, profesor Trelawney, która, ku rozpaczy profesor McGonagall, siedziała obok niej i chyba próbowała jej coś przepowiedzieć. Zerknęłam na Hagrida, który wyglądał na rozbawionego tą sytuacją, lecz gdy spostrzegł moje spojrzenie, mrugnął w moim kierunku i uniósł swój złoty puchar, większy od innych, jakby wznosił za mnie toast. W odpowiedzi uśmiechnęłam się nieśmiało.
Profesor Dumbledore jak zwykle kazał ustawić jeden stół na środku, żeby poczuć świąteczną i rodzinną atmosferę. Było to całkiem wygodne, ponieważ każdy mógł siedzieć obok siebie, jednak zaczęłam żałować, iż nie mogę spędzić tego czasu z rodziną i przyjaciółmi. Zaczęłam nawet myśleć, co teraz robi Harry, Ginny lub moi rodzice. Uśmiechnęłam się szerzej, wpatrując się w stół, gdy wyobraziłam sobie złość pani Weasley wywołaną żartami bliźniaków. Na pewno Harry'emu musiało wyjątkowo brakować Syriusza, który zginął pod koniec piątej klasy. Przecież równo rok wcześniej siedział z nami przy wigilijnym stole i był szczęśliwy i beztroski jak nigdy wcześniej! Poczułam jak coś nieprzyjemnego ściska mi gardło, jednak na całe szczęście ktoś wpadł do Wielkiej Sali, zwracając na siebie uwagę wszystkich zgromadzonych.
– Och, witaj, Draco. Zdążyłeś w ostatniej chwili, mieliśmy już podawać deser – zawołał zadowolony Dumbledore. Malfoy nic mu nie odpowiedział. Zauważyłam, że zerknął najpierw na niego z niepokojem, a później na Slughorna. Zaczęłam się nad tym zastanawiać, lecz moja uwaga została zaprzątnięta pewnymi szarymi oczami, które teraz zerkały na mnie niespokojnie. Mój puls znacznie przyspieszył, gdy blondyn usiadł naprzeciwko mnie, ponieważ tylko tam było wolne miejsce. Mógł oczywiście usiąść na samym końcu, ale chyba wolał się wtopić w tłum. Podniosłam nieśmiało wzrok znad swojej pieczeni, ale Malfoy od razu odwrócił spojrzenie na zastawiony stół, jakby stał się nagle wyjątkowo głodny. Zaskoczenie siedzących przy stole tym nagłym wtargnięciem w środku uczty dawno minęło, lecz ja nadal czułam, jakby atmosfera nagle się zagęściła. Nie było to tylko spowodowane moimi uczuciami, które zaczęły pojawiać się na widok tego chłopaka, ale widziałam również przenikliwy wzrok Snape'a, którego nie odwracał od Ślizgona. Byłam pewna, że Hogwart po raz kolejny skrywa jakieś tajemnice.
Zerknęłam z niepokojem na talerz Malfoya i spostrzegłam, że pomimo nałożonej góry jedzenie, on tylko dłubie w nim widelcem i wyglądało na to, że nie zamierza dzisiaj nic zjeść. Nic dziwnego, że coraz bardziej przypominał trupa.
Po podaniu deseru mi samej odechciało się jeść. Czekałam teraz tylko, aż chociaż jedna osoba wstanie, żebym tym razem to ja nie skupiła na sobie całej uwagi. Ku mojej rozpaczy, to Malfoy wstał pierwszy od stołu. Wiedziałam, co zaraz powie, gdy zaraz po nim wstanę. Draco bez słowa opuścił Wielką Salę i widząc, że nikt tego nie skomentował, ja również postanowiłam odejść.
Tak jak przypuszczałam, za drzwiami Wielkiej Sali stał oparty o ścianę i z ironicznym uśmiechem na ustach.
                   – Śledzisz mnie? – zapytał, a ja przybiłam sobie piątkę w myślach, gdyż dokładnie tego się spodziewałam. Wzruszyłam tylko ramionami, starając się nie patrzeć na niego zbyt długo. Niestety, Malfoy nie należał do osób, które łatwo odpuszczają.
                   – Dokąd uciekasz, Granger?
                   – Ja? Skąd ten pomysł? – Z przerażeniem dostrzegłam, że blondyn znalazł się niepokojąco blisko mnie, na co zareagowałam dyskretnym oddalaniem się.
                   – Po prostu to widzę – mruknął, a ja zdałam sobie sprawę, że opieram się już o ścianę. Malfoy oparł jedną dłoń tuż obok mojej głowy, a drugą bawił się jednym z moich niesfornych loków. – Nie musisz się mnie bać, nie gryzę... jak na razie.
Przełknęłam głośno ślinę i podniosłam wzrok. Wpatrywałam się w jego oczy i dostrzegłam, iż tęczówki tym razem były czysto błękitne. Do tej pory zawsze kojarzyły mi się z burzowymi chmurami, lecz w tamtej chwili przypominały mi letnie niebo nieskalane choćby jednym obłokiem. Westchnęłam, spuszczając nieświadomie wzrok na jego usta, a on po krótkim wahaniu powoli się przybliżył. Czułam już jego oddech na swoich wargach, gdy nagle usłyszałam gwar z Wielkiej Sali i domyśliłam się, że uczta dobiegła końca. Draco też musiał to zauważyć, bo odskoczył ode mnie jak oparzony i nie zaszczycając mnie choćby jednym spojrzeniem, uciekł. Uciekł jak zwykły tchórz.
Szybko ruszyłam w stronę schodów, aby zaszyć się w swoim dormitorium. Kolana trzęsły mi się niemiłosiernie, a ja sama nie wiedziałam, co czuć. Malfoy robił mi mętlik w głowie i chyba dobrze się przy tym bawił. Wiedziałam, że jak tak dalej pójdzie, to całkowicie zatracę się w tym zakazanym uczuciu, podczas gdy on znajdzie sobie jakiś inny obiekt do rozrywki. Po raz pierwszy poczułam tak wielką złość na dyrektora Hogwartu. Za jakie grzechy to mi kazał pomagać temu chłopakowi? Byłam najlepszą uczennicą, a spotkało mnie coś tak okropnego. Miałam wielką ochotę przerwać tę całą grę, jednak czułam w głębi duszy, że postępuję dobrze. Nie wiedziałam tylko, ile mnie to będzie później kosztować.


***


Od tamtej pamiętnej chwili, gdy z Malfoyem omal się nie pocałowaliśmy, nie widziałam go ani razu aż do powrotu moich przyjaciół z przerwy świątecznej. W międzyczasie udało mi się dodać kilka składników do Eliksiru Wielosokowego, odrobić wszystkie prace domowe, napisać list do rodziców, a także śledzić Dracona na Mapie Huncwotów bynajmniej nie dla Harry'ego. Odczuwałam dziwny spokój, gdy widziałam, jak Malfoy spaceruje po siódmym piętrze, by zniknąć na skraju mapy, gdzie zapewne rozmyślał nad sposobem naprawienia szafki lub kiedy był w Salonie Wspólnym Ślizgonów. Ani razu nie pojawił się na posiłkach, więc nawet tam nie mogłam sprawdzić, jak sie trzyma. Nasze lekcje oklumencji przerwaliśmy tak szybko, jak je zaczęliśmy. Nawet w Pokoju Życzeń na niego nie wpadłam, chociaż miałam podstawy przypuszczać, że zjawiał się tam nie tylko przez szafkę, ale w naszym pokoju, aby sprawdzać, czy nie zmieniłam zdania, co do ważenia eliksiru.
Powitanie z przyjaciółmi po takiej rozłące i samotności było niesamowite. Znowu poczułam, że żyję, bo jak dotąd zaczynałam już wariować.
                    – Cześć, Hermiono, wiesz, że...? – zaczęła Ginny po wstępnym przywitaniu, ale nie dane jej było skończyć, gdyż Harry wyrósł przede mną znikąd. Najwyraźniej nie miał zamiaru czekać i chciał od razu podzielić się ze mną informacjami, które posłyszał podczas pobytu u Weasleyów. A gdyby was interesowała reakcja Rona na mój widok, to chyba nie będzie to zaskoczeniem, iż nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem tylko od razu poszedł szukać Lavender, a chwilę później usłyszałam piskliwe "Och, mój Mon-Ron!", na co skrzywiłam się ostentacyjnie, a Ginny, zanim odeszła do swojej koleżanki z dormitorium, udała, że zbiera jej się na wymioty.
                    – Hermiono, nie uwierzysz, czego się dowiedziałem!
                    – Nie wątpię... – mruknęłam i opadłam na fotel przy kominku, który był moim ulubionym w Pokoju Wspólnym.
                    – Słuchaj, wiem, że nie interesują cię moje domysły co do Malfoya, ale pan Weasley powiedział mi, co Malfoy kupił u Borgina i Burkesa!
                    – Co takiego? – zapytałam, próbując powstrzymać ziewnięcie, na co Harry spiorunował mnie wzrokiem.
                    – Malfoy kupił Szafkę Zniknięć! – Moja ręka, która wędrowała do moich ust, aby je zakryć podczas ziewania, zatrzymała się w połowie, a ja otworzyłam szeroko oczy.
                    – Co takiego?!
                    – Też byłem w szoku, ale pan Weasley nie ma pojęcia, gdzie może być jej bliźniaczka i...
                    – Przepraszam cię, Harry, ale muszę coś załatwić – poinformowałam go, zrywając się z miejsca. Pobiegłam szybko do dormitorium, gdzie miałam kopię notatek z książki, które jakiś czas temu przygotowywałam dla Malfoya. Pierwotną wersję spalił na moich oczach, ale na szczęście zawsze robiłam kopie różnych prac pisemnych. Szybko przejrzałam notatki i znalazłam to, czego szukałam.

Szafka Zniknięć — magiczny obiekt; pomiędzy dwoma takimi szafkami istnieje przejście, które umożliwia m.in. przenoszenie przedmiotów pomiędzy siostrzanymi meblami. Szafki odbijają prawie wszystkie zaklęcia. Aby szafka poprawnie zadziałała, należy wypowiedzieć zdanie "Harmonia nectere passus".

                 Od razu wzięłam kawałek pergaminu i naskrobałam na nim zgrabnym i pochyłym pismem trzy słowa. Wiedziałam, że Malfoy od razu się domyśli. Chowając mój list do Dracona, wybiegłam z dormitorium i pobiegłam do Pokoju Życzeń. Nie spotkałam w nim Malfoya, najwyraźniej musiał tamtego dnia odpuścić naprawianie szafki, dlatego położyłam obok kociołka z parującym eliksirem pergamin, na którym lśnił szkarłatny napis:

Harmonia nectere passus.


********

Witam Was, kochani czytelnicy!
Nareszcie udało mi się naskrobać marne cztery strony, aczkolwiek bardzo mi zależało, aby dodać coś dzisiaj. Akcja trochę przyspieszyła, jednak nie martwcie się, nie będzie cukierkowo i pięknie. Mam już pewien plan co do naszego Malfoya. :)
Czytam wszystkie opowiadania, ale nie zostawiam po sobie śladów, gdyż często jestem na telefonie, ale jak zwykle postaram się wszystko nadrobić.
Nie wiem, kiedy pojawi się rozdział 7, ale mam nadzieję, że szybciej niż ten.
Pozdrawiam,
Cave Inimicum

czwartek, 15 maja 2014

5. solitudo

Nie wiem, ile dokładnie czasu spędziłam w Pokoju Życzeń, jednak Draco Malfoy, wbrew moim przekonaniom, nie zjawił się tam. W końcu nie wytrzymałam i położyłam się na kanapie, aby zdrzemnąć się godzinkę czy dwie. Następnego dnia Slughorn załatwił wszystkim uczniom wolny dzień, więc mogłam odespać przyjęcie, a skórzana sofa przy kominku wydawała się wyjątkowo wygodna.
Kiedy kilka godzin później obudziłam się, nie myślcie, że Malfoy się pojawił. A kiedy wyszłam z Pokoju Życzeń, nie mogłam do niego wrócić aż do piątku, kiedy to miałam dodać kolejny składnik do eliksiru.

~~**~~

Pomysł, żebym w ostatni dzień tygodnia o dziesiątej wieczorem musiała dodać pijawki, które są niezwykle ważne podczas ważenia Eliksiru Wielosokowego, był co najmniej szczęśliwym trafem. Salon Wspólny był o tej porze zawsze przepełniony i opuszczenie go niezauważalnie było dziecinnie proste. Gdy przekroczyłam próg pokoju, nie spodziewałam się cudów. Wiedziałam, że jak zwykle jego tam nie będzie, bo przecież co miałby tam robić?
Usiadłam przy stole i sięgnęłam po słoik z pijawkami. Według instrukcji należy dodać siedem, a po każdym dodaniu wymieszać dwa razy według wskazówek zegara, raz w przeciwnym i odczekać dziesięć minut. Wrzuciłam jedną z nich, dwa razy w prawo, raz w lewo. Eliksir przybrał barwę granatową.
             — Zawsze punktualna, czyż nie? — Na dźwięk głosu przepełnionego sarkazmem wszystkie moje mięśnie się spięły. Cóż, nie spodziewałam się, że dzisiaj na niego tam trafię, więc wizyta Malfoya była "odrobinę" szokująca.
               — Owszem, zawsze staram się spełniać obowiązki, do jakich się zobowiązałam, w przeciwieństwie do niektórych — syknęłam, dając szczególny nacisk na ostatnie słowo. Malfoy obszedł stół i oparł dłoń tuż obok kociołka i spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami.
              — Próbujesz rzucić mi jakąś aluzję, Granger?
              — Skądże, przecież ty spełniasz wszystkie swoje obowiązki, Malfoy — warknęłam, po czym wrzuciłam drugą pijawkę, pomieszałam dwa razy w prawo i raz w lewo.
              — Ktoś tutaj chyba za bardzo się zaangażował w swoją pracę, Draco. - Nie spodziewałam się, że w Pokoju Życzeń pojawi się ktoś jeszcze, więc głos Teodora Notta wprawił mnie w osłupienie.
               — Wyluzuj, Teo, bo jeszcze spłoszysz moją asystentkę.
               Malfoy odszedł od stołu i rozłożył się na kanapie, która była ustawiona tyłem do mnie. Teodor posłał mi zaciekawione spojrzenie, jednak ja nie pozostałam mu dłużna i spróbowałam zamordować go wzrokiem. Niestety, nieskutecznie.
                — Powiem ci, Draco, że ani trochę nie podoba mi się ta sytuacja, to jest niebezpieczne — szepnął Nott po kilkuminutowej ciszy, podczas której usiedli na kanapie i popalając papierosy, wpatrywali się w kominek. Ja w tym czasie zdążyłam dodać trzecią pijawkę. Musiałam wytężyć zmysł słuchu, aby móc usłyszeć rozmowę Ślizgonów. Zapewne sądzili, że nic nie usłyszę, ale wiedziałam, że nie mogę stracić takiej okazji.
                  — Odpuść, Nott, powinieneś się cieszyć, że zdecydowałem się na taki krok, dzięki mnie ty i Zabini możecie uratować swoje tchórzliwe dupy — warknął Malfoy, a ja zmarszczyłam brwi.
                   — Draco — zaczął przyjaciel blondyna i rzucił mi zaniepokojone spojrzenie, przed którym zdołałam uciec. Nie mógł się zorientować, że podsłuchuję. — Draco, posłuchaj mnie... Nie możesz tego zrobić, proszę cię...
                 — Zamknij się, Nott, ja sam wiem najlepiej, co jest słuszne, a co nie.
                 — Chyba nie do końca, skoro prosisz o pomoc akurat tę szlamę.
                Zacisnęłam ze złością zęby i już miałam rzucić jakąś kąśliwą uwagą, gdy Malfoy gwałtownie wstał i pociągnął Teodora poza Pokój Życzeń. Zanim wrócił, ja dodałam jeszcze trzy pijawki i pozostała mi tylko jedna. Domyśliłam sie, że Ślizgon musiał coś tłumaczyć swojemu kumplowi z tego samego domu, bo nie było go dobre kilka minut, a gdy wrócił, wydawał się być nieźle zdenerwowany. Usłyszałam jeszcze jego westchnienie, po czym podszedł do mnie z rękoma w kieszeniach spodni od garnituru i z tym swoim ironicznym uśmiechem.
                  — Jesteś zła, Granger, a ja wiem dlaczego — stwierdził, a ja spuściłam wzrok na swoje dłonie, które teraz bezwładnie leżały na blacie stołu. Niestety, musiałam jeszcze poczekać na dodanie ostatniej tego dnia części składników, więc nie mogłam opuścić pomieszczenia, w którym powietrze stało się niewytłumaczalnie gęstsze.
                  — Czyżby? — zapytałam z wyraźnym powątpiewaniem.
                  — Jak najbardziej... — urwał i wziął malutki nożyk, którym zaczęłam się nieświadomie bawić, a następnie usiadł na blacie tuż obok kociołka i sam zaczął bawić się narzędziem do krojenia składników. Niesamowicie się go wtedy bałam, pierwszy raz tak dogłębnie. — Chciałabyś się dowiedzieć, co robię i dlaczego. Jesteś tak cholernie ciekawa, że nawet nie chcesz przestać mi pomagać.
                   — A może chcę po prostu wyciągnąć od ciebie informacje? — Uniosłam brodę i spojrzałam na niego z nienawiścią, gdy cicho się roześmiał, spuszczając przy tym wzrok na swoje dłonie. Chwilę później znów spojrzał na mnie swoimi pozbawionymi uczuć tęczówkami i pochylił się w moją stronę, a ja siedziałam jak sparaliżowana, nie wiedząc, gdzie mogłabym teraz uciec.
                   — Nic z tych rzeczy, wtedy już naprawdę musiałbym cię zabić, Granger. Przykro by było, bo jeszcze będziesz mi potrzebna — wyszeptał, omiatając moje ucho swoim chłodnym oddechem. Po chwili odsunął się na milimetr tylko po to, by móc spojrzeć prosto w moje przerażone oczy. Odłożył nożyk na stół i uniósł jedną z dłoni, by poprawić niesforny kosmyk z mojej twarzy. Zapewne każdy sądzi, że była to wielce intymna i romantyczna chwila, jednak Draco Malfoy świdrował mnie wtedy wzrokiem, odczytując wszystkie moje myśli, poczynając od strachu, a kończąc na moich dalece skrywanych uczuciach, o których nawet ja nie miałam pojęcia. Najgorsze w tym wszystkim było to, że ja nic nie mogłam odczytać z jego stalowoszarego spojrzenia, ponieważ nadal pozostawało odrażająco obojętne na wszystkie bodźce lecące na niego z zewnątrz. Bałam się go, tak cholernie, ale jakaś malutka cząstka mówiła mi, że nie mogę się poddać, że on nie jest zły. Przecież inaczej Dumbledore nie zleciłby mi tej misji, gdyby coś mi groziło. Po prostu to czułam...
W końcu, po niezliczonych sekundach, minutach lub miesiącach, Malfoy odsunął się ode mnie i wyszedł z Pokoju Życzeń, trzaskając przy tym drzwiami. Dopiero teraz wzięłam głęboki oddech i odetchnęłam z ulgą. Zaczęłam się trząść, lecz wiedziałam, że muszę pewną ręką dodać ostatnią ze zmiażdżonych pijawek.
Po niecałych piętnastu minutach udałam się niezauważalnie do swojego Salonu Wspólnego. Był na całe szczęście całkowicie pusty, więc bezwładnie opadłam na fotel, który był usytuowany naprzeciwko kominka, z którego buchało przyjemne ciepło. Dopiero wtedy, całkowicie odcięta od Malfoya, Pokoju Życzeń, eliksiru wielosokowego i wszystkich innych ludzi, pozwoliłam sobie, żeby moim ciałem zawładnął szloch, który skrywałam w sobie od kilku tygodni i który wywołał Draco Malfoy, grając na moich uczuciach zwykłym spojrzeniem zimnych tęczówek.

~~**~~

— Hermiono? Hermiono! — krzyknęła pewna rozentuzjazmowana dziewczyna o burzy rudych włosów, która nie mogła uszanować, że chciałam po prostu spać. Dopiero kiedy otworzyłam oczy, zdałam sobie sprawę, że jestem w salonie i że spałam na siedząco na kanapie, gdzie każdy mógł zobaczyć mój tragiczny stan.
                  — Cześć, Ginny — mruknęłam, siląc się na uśmiech i zaczęłam rozmasowywać swój kark. — Która godzina?
                    — Jest już ósma, postanowiłam cię obudzić, by spróbować jeszcze jeden raz przed wyjazdem...
                    — Dość, Ginny, mówiłam ci, że nigdzie nie jadę. Już obiecałam rodzicom, że zostanę w Hogwarcie i nie zmienię zdania.
                    — Och, jestem całkowicie pewna, że gdybyś do nich napisała z naszego domu, to na pewno nie mieliby nic przeciwko spędzeniu ferii świątecznych u mnie. Nie mogę pojąć, dlaczego tak się uparłaś na spędzeniu Świąt w zamku. Czekasz na księcia z bajki?
                Gdyby tylko wiedziała...
                Powoli podniosłam się z kanapy i ruszyłam w stronę sypialni, a rudy chochlik oczywiście za mną. Weszłyśmy do mojego 'pokoju', który dzieliłam z siostrami Patil, Lavender Brown oraz Samanthą Raven, która, jak się okazało, też zostawała na czas ferii.
                 — Pomyśl, kochanie... — zaczęłam i skrzywiłam się na widok swojego odbicia w toaletce. Sięgnęłam po drewnianą szczotkę, ówcześnie przeganiając ze szkarłatno-złotej pufy mojego kota, Krzywołapa, który syknął na mnie i pobiegł do mojej rudej przyjaciółki, leżącej na moim łóżku — ...jakby poczuli się moi rodzice, gdybym powiadomiła ich, że pojechałam do swoich przyjaciół, gdy kilka dni wcześniej napisałam, że muszę zostać w zamku, żeby się uczyć do egzaminów. Doskonale wiesz, że to prawda i nie zamierzam zmieniać zdania, zwłaszcza że oni wyjeżdżają do ciotki Margaret do Francji, której nienawidzę. No i poza tym nie chcę psuć Ronaldowi świąt swoją obecnością.
                  — Wiesz co, Hermiono? Oboje z moim bratem zachowujecie się jak dzieci! — pisnęła Ginny i zerwała się z łóżka, aby móc podejść do mnie i objąć mnie od tyłu za szyję. — Po prostu tak bardzo bym chciała spędzić z tobą choć trochę czasu, bo coraz bardziej oddalamy się od siebie. W ogóle cię nie widuję!
                  — Ginny... — Wstałam szybko i przytuliłam do siebie jedyną córkę Weasleyów i głaszcząc ją po głowie, zaczęłam ją pocieszać. — Przecież wiesz, że to nieprawda, a jeśli kiedykolwiek odczułaś, że spędzam z tobą mniej czasu niż kiedyś, to przepraszam...
                Ginny żałośnie pociągnęła nosem i odsunęła się ode mnie. Wbrew moim przekonaniom, moja przyjaciółka nie płakała, choć można było odnieść takie wrażenie. Ogólnie Ginny rzadko pozwalała sobie na chwile słabości, co było ogromnym plusem (zwłaszcza dla Harry'ego, który po przejściach z Cho znienawidził nadmiernie płaczące dziewczyny).
                   — Nadchodzą takie ciemne i straszliwe czasy, nie chcę kiedyś żałować, że spędzałam z moimi przyjaciółmi za mało czasu...
                  Przeraziłam się ogromnie, a moje gardło coś ścisnęło. Ginny wypowiedziała słowa, które każdy miał w głowie, lecz wszyscy bali się je wypowiedzieć. Ale miała rację... Zbliżały się mroczne czasy.
               Chciałam coś jeszcze powiedzieć, pocieszyć ją, jednak nagle pojawiła się Samantha.
               — Cześć, Hermiona, cześć, Ginny. Przyszłam wam powiedzieć, że za godzinę jest zbiórka przed szkołą na pociąg.
                — Dzięki, Sam, ale z naszej trójki jedzie tylko Ginny.
                — Serio? To świetnie! Przynajmniej będzie nam raźniej — zawołała złotowłosa, po czym ze znacznie weselszą miną rzuciła się na swoje łóżko. Zaniepokoiłam się, ponieważ planowałam spędzić wolne wieczory na pomaganiu Malfoyowi, a tymczasem Samantha prawdopodobnie chciała spędzić ze mną każdą wolną chwilę.
Po krótkiej pogawędce i ogarnięciu się po ciężkiej nocy, razem z Samanthą pomogłyśmy znieść bagaże Ginny do Salonu Wspólnego. Okazało się, że na dole czeka na mnie Harry, który wydawał się być rozgorączkowany.
                   — Mogę cię prosić na słówko? — zapytał mój przyjaciel, a kiedy się zgodziłam, odeszliśmy na chwilę na bok. — Posłuchaj, Hermiono, wiem, że nie zgadzasz się ze mną w moich przypuszczeniach, co do Malfoya, ale on na pewno coś knuje i Snape mu w tym pomaga. Proszę, nie przerywaj mi! — Złapał mój nadgarstek i wcisnął mi w dłoń małą, ekologiczną torbę, w której coś dla mnie schował. — Daję ci na ten czas ferii moją pelerynę-niewidkę i Mapę Huncwotów i błagam cię, jeśli zauważysz coś podejrzanego, to wyślij mi jedną ze szkolnych sów!
                  Uznałam, że to świetna okazja, ponieważ mogłabym niezauważalnie chodzić po zamku i Harry nic nie zauważyłby na mapie, gdybym przypadkiem zapomniała rzucić na siebie zaklęcie, więc zgodziłam się, jednocześnie nie zapominając, aby na mojej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia.

~~**~~

                    — Szkoda, że już pojechali... — westchnęła Samatha Raven, a ja ze smutkiem przyznałam jej rację. Pomimo tego, że tak wytrwale odmawiałam Ginny i moim rodzicom, to i tak niechętnie zostałam. W dodatku ze względu na Malfoya, też mi coś.
                    — Dlaczego zostałaś w Hogwarcie?
                    — Moi rodzice wyjeżdżali w tym roku zagranicę, a ja nie miałam zbytnio chęci, więc postanowiłam zostać... a ty?
                     — Och, wiesz... moja matka... nie żyje, no a ojciec... ojciec wylądował w Św. Mungu — wyjąkała Samantha, a ja, nie wiedzieć czemu, nie uwierzyłam jej. Zachowywała się tak podejrzanie...


~~**~~

         Całą resztę dnia spędziłam z Samanthą na plotkowaniu, grając w Eksplodującego Durnia i zajadając się słodyczami, które zakupiłam w poprzedni weekend w Miodowym Królestwie. Niestety, gdy zaczęła dochodzić dwudziesta, zaniepokoiłam się. Raven nie zamierzała dać mi spokoju nawet na kilka minut, a Malfoy nie dawał znaku życia. Dopiero wielki puchacz, próbujący dostać się z zewnątrz do naszej sypialni, rozwiał wszelkie wątpliwości.
Tak jak przypuszczałam - list był od Draco, który kazał mi być w Pokoju Życzeń najszybciej, jak to możliwe, więc nie siląc sie na wyjaśnienia, porwałam torbę od Harry'ego i rzucając krótkie "przepraszam" w stronę zdezorientowanej blondynki, wybiegłam jak najszybciej z pomieszczenia.
Nim weszłam do Pokoju Życzeń, sprawdziłam na mapie, czy nie ma w pobliżu Filcha. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, jak wielkie miałam szczęście, że woźny jeszcze mnie nie złapał. Szybko podbiegłam w stronę drzwi i weszłam do środka.
            — Nareszcie jesteś — oznajmił Draco, gdy tylko przekroczyłam próg. Oczywiście nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem. Cały czas wpatrywał się w kominek, bawiąc się szklanką po Ognistej Whiskey.
           — Skąd wiedziałeś, że zostałam w zamku?
          Malfoyem wstrząsnął dziwny dreszcz i dopiero po chwili dotarło do mnie, że parsknął sarkastycznym śmiechem.
          — Intuicja — odpowiedział tajemniczo, odstawiając pustą szklankę na gzyms marmurowego kominka. — Możemy zaczynać?
           — Ale co?
             — Oklumencję.
            Poczułam, jakby ktoś wylał na mnie wiadro zimnej wody. Nie spodziewałam się, że tak szybko będę mogła zajrzeć w umysł Malfoyowi, a tu nagle oznajmia mi to, jakby to było zbieranie grzybów.
             — Ja... nie wiedziałam, że to już dzisiaj...
             Malfoy podszedł do mnie w kilku krokach i delikatnie wyjmując mi torbę z dłoni, rzucił ją w kąt pokoju. Poprawił mi ponownie kosmyk włosów, zakładając mi go za ucho i uśmiechnął się ironicznie, patrząc na mnie z góry pewnym siebie spojrzeniem.
              — Przecież masz w głowie całą definicję.
              — Nauka tej dziedziny magii polega na oczyszczeniu umysłu ze wszystkich myśli i emocji, co uniemożliwi penetrację z zewnątrz i poznanie ich...
              — A legilimencja to...
              — ... zdolność wydobywania uczuć i wspomnień z drugiej osoby - odpowiedziałam drżącym od emocji głosem.
              Draco powoli wyjął różdżkę z kieszeni spodni i ruszył do tyłu, nie spuszczając ze mnie wzroku nawet na chwilę. Gdy był w odpowiedniej odległości, machnął różdżką, aby dać mi do zrozumienia, że powinnam również wyjąć swoją. Trzęsącymi dłońmi wydobyłam ją zza pazuchy mojej szkolnej szaty i przybrała taką samą pozycję, jak on, jednak z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk.
                 — Granger, czekam... — warknął zniecierpliwiony Ślizgon.
                Wzięłam głęboki wdech, lecz tym razem wydałam z siebie tylko cichy jęk.
                  — No dalej, znasz formułkę — szepnął aksamitnym głosem Malfoy, jednak w pokoju panowała taka cisza, że słyszałam go, jakby stał tuż obok.
                   — Legilimens — mruknęłam, a przez moje ramię przepłynęło dziwne ciepło, które powoli rozchodziło się w kierunku mojej głowy.



~~**~~**~~**~~



Witam serdecznie po długiej, dłuuuugiej przerwie!
Mam dla Was rozdział piąty, które może i nie zachwyca długością, jednak nie mogłam sobie odpuścić skończenia w tym momencie. ;>
Nie przeciągając - zapraszam do czytania i komentowania!
A ja już jutro skomentuję wszystkie moje ukochane opowiadania Dramione, które do tej pory tylko czytałam, a nie zostawiałam żadnej wiadomości od siebie w postaci komentarza. :<
Wasza,
Cave Inimicum

czwartek, 6 lutego 2014

4. indicium

 Na wstępie chcę Was powiadomić, iż jest to mój najdłuższy jak dotąd rozdział, bo na siedem stron. Mógłby mieć znacznie więcej, lecz jestem tak paskudna, że chciałam skończyć w odpowiednim miejscu.


~~**~~**~~**~~


         Czym prędzej zerwałam się z łóżka i całkowicie zapominając o tym, że przed chwilą płakałam oraz o Ronie i Lavender, wybiegłam  z dormitorium. Zanim jednak zbiegłam ze schodów na sam dół, zatrzymałam się w połowie. Tym razem nie mogłam pozwolić, żeby Harry przypadkiem natrafił na moje nazwisko na Mapie Huncwotów, które zniknęłoby na jego oczach z jej powierzchni akurat na siódmym piętrze. Najpierw Malfoy, a teraz ja. Zacząłby coś podejrzewać... Zerknęłam, czy przypadkiem nikt nie idzie, a kiedy upewniłam się, że wszyscy albo już śpią, by nie spóźnić się na jutrzejsze poniedziałkowe zajęcia, albo siedzą w Salonie Wspólnym, wyciągnęłam różdżkę z kieszeni i skierowałam jeden z jej końców na czubek mojej głowy.
           — Invisibilitatem* — szepnęłam, a kiedy poczułam rozchodzące się ciepło po moim ciele od góry do dołu, schowałam różdżkę i zeszłam na dół. Byłam pewna, że od tego momentu nie będzie żadnych problemów, jednak nagle znikąd wyrósł przede mną Harry.
           — Słuchaj, Hermiono, Ron naprawdę nie chciał tego powiedzieć... — zaczął mój przyjaciel, a ja prychnęłam głośno, zwracając na siebie uwagę pierwszoroczniaków, którzy grali nieopodal w Eksplodującego Durnia.
           — Odpuść sobie Harry, naprawdę. Nie musisz tłumaczyć Ronalda, zwłaszcza że właśnie pokazał, jak wielkim jest tchórzem, skoro wysłał ciebie, byś to ty mnie przeprosił. A teraz wybacz, ale mam coś do załatwienia — oznajmiłam, po czym bez słowa go wyminęłam. Usłyszałam jeszcze "cichy" szept małej blondynki z grupy jedenastoletnich Gryfonów, który dobitnie skwitował, że mam absolutną rację. Chwilę później Ron na nich naskoczył, że powinni iść już do łóżek i jeśli tego nie zrobią w przeciągu dziesięciu sekund, odejmie im punkty.
Byłam już spóźniona pół godziny i naprawdę wielkim szokiem dla mnie było, że kiedy przekroczyłam próg drzwi Pokoju Życzeń, Draco nadal na mnie czekał. Odniosłam jedynie wrażenie, iż usłyszałam jak cicho odetchnął z ulgą, lecz gdy chciałam wyczytać cokolwiek z jego twarzy, on znowu przybrał tę maskę obojętności, której chyba nigdy nie zdejmował
           — Płakałaś — podsumował mnie, ale byłam mu wdzięczna, że nijak nie skomentował mojego spóźnienia. Wzruszyłam niedbale ramionami i aby potwierdzić swoją obojętność, rozejrzałam się po wnętrzu pokoju. Tym razem nie przybrał wyglądu starej, zakurzonej i dawno nieużywanej sali. Draco stał na wprost wejścia przy ogromnym, dębowym stole, na którym stał średni cynowy kociołek, wkoło którego otwarta była książka na stronie z Eliksirem Wielosokowym oraz poustawiane wszystkie potrzebne składniki, i obracał w dłoniach szklankę z jakimś bursztynowym płynem, zapewnie z Ognistą Whisky, a przy nim stały dwa takie same dębowe krzesła z białymi siedzeniami i oparciami. Po lewej stronie stał wielki, marmurowy kominek, w którym wesoło tlił się ogień, a przed nim stała obita czarną skórą kanapa, ustawiona przodem do kominka. Z kolei po prawej stronie znajdował się ogromny barek w tym samym kolorze drewna, z najróżniejszymi alkoholami oraz kryształowymi szklankami i kieliszkami, a nad nim wisiało ogromne, złote lustro, którego rama była ręcznie zdobiona. Chyba było to jedno z tych drogich zwierciadeł. To było takie w typowo malfoyowskim stylu. 
           Tuż obok niego stał ogromny regał z książkami chyba na każdy możliwy temat, poczynając od zaklęć przydatnych w domu, a kończąc na tych o czarnej magii, chociaż te drugie troszkę mnie zaniepokoiły. Na ścianach wisiały kinkiety, których światło wywołało w pomieszczeniu przyjemny, przytulny nastrój. Ale to nie książki ani naszykowane już wszystkie potrzebne do przygotowania eliksiru składniki. Nie, rzeczą, przez którą opadła mi szczęka, był sufit. Dziwne, nieprawdaż? Jednak to nie był taki zwykły sufit, a identyczny jak ten w Wielkiej Sali. Różniło go tylko to, że ten w naszym pokoju nigdy się nie zmieniał. Zawsze ten sam widok: granatowe, wręcz czarne niebo rozświetlone milionem gwiazd. Można w nim było dostrzec Drogę Mleczną, przez co nie mogłam oderwać od niego wzroku ani nawet zamknąć buzi. Odnosiłam wrażenie, że gdybym wyciągnęła w górę dłoń, zanurzyłam ją w tym gwiazdozbiorze. Kto wie, może skradłabym jedną z gwiazd dla siebie? Musiałam przyznać - Draco Malfoy potrafił zaskakiwać. Nigdy, ale to nigdy nie spodziewałabym się takiego wystroju w Pokoju Życzeń po tym chłopaku. Bardziej jakieś lochy lub ewentualnie klatka dla fretki.
           — Zamknij usta, Granger, bo ci mucha wleci — mruknął Ślizgon, jakby rozzłoszczony moją chwilą zadumy. Dupek. — Zanim zaczniesz przygotowywać eliksir, bo oczywiście musisz zacząć jak najszybciej, to nalej sobie whiskey i usiądź.
           — Słucham? — Nie mogłam uwierzyć w to, co powiedział chłopak. Nie dość, że wytrzymywał ze mną w jednym pokoju to jeszcze chciał się ze mną, szlamą, napić? 
Malfoy westchnął ze zrezygnowaniem i mrucząc pod nosem coś, co brzmiało jak "idiotka", "beztalencie" oraz "strata czasu", podszedł do barku. Ja w tym czasie usiadłam przy stole, wybierając miejsce przy kociołku i czekałam, aż wróci i dojdzie do sedna sprawy, bo chciałam już zacząć pracę, bym mogła w końcu pójść spać. Chwilę później postawił szklankę z whiskey tuż obok kociołka, a ze swojej upił spory łyk. Chyba chciał się przygotować do tej rozmowy.
          — Dobra, a teraz powiedz mi, dlaczego płakałaś.
         Gwałtownie zachłysnęłam się płynem, gdy usłyszałam to jedno zdanie. Malfoy posłał mi w tym czasie spojrzenie pełne politowania i chyba ledwo się powstrzymał, by tego nie skomentować. Wiecie, kolejny powód do kpin ze szlamy Granger, ale zamiast tego wzruszył ramionami i wrócił do picia swojej whiskey.
          — Podaj mi choć jeden powód, dla którego miałabym to zrobić.
          — Oj Granger, Granger, Granger — powiedział, jakby zwracał się do pięcioletniego dziecka i ignorując moje spojrzenie przepełnione złością, zaczął mi tłumaczyć — Od teraz pewnie nieraz będziemy się spotykać właśnie w tym pomieszczeniu, oczywiście nie będę ważył z tobą tego eliksiru, ponieważ w tym czasie muszę jeszcze naprawić tę cholerną szafkę — urwał i ohydnie zaklął pod nosem, waląc pięścią o stół. Podskoczyłam, wylewając na siebie Ognistą Whisky. Draco był nieobliczalny i taki pozostawał do końca; często wpadał w furię, zwłaszcza jeśli wchodził na temat tej szafki. Wstał od stołu, uprzednio opróżniając do końca szklankę i ze złością ją odstawił. Podszedł do wielkiego regału na książki i przeglądając ich grzbiety, kontynuował, jak gdyby nigdy nic — Ale kiedy będziemy ćwiczyć oklumencję, na pewno nieraz ty zobaczysz moje wspomnienia, a ja twoje, w co nie wątpię, bo na pewno poradzę sobie z tą dziedziną magii, w przeciwieństwie do Wybrańca. — Prychnęłam głośno jak rozjuszona kotka, nie mogąc uwierzyć w to, co mówił. Był taki pewny siebie, wydawało mu się, że oklumencja jest prosta, że wystarczy mu godzina czy dwie, aby to opanować do perfekcji. Zero wyobraźni. Odwróciłam się przodem w stronę chłopaka odstawiając z hukiem prawie pustą szklankę na stół. Dopiero wtedy zauważyłam, że Draco opierał się barkiem o regał i patrzył na mnie pytającym wzrokiem.
          — Naprawdę sądzisz, że to takie proste? że Harry był po prostu za słaby na to?! — zapytałam ze złością, a gdy nie otrzymałam odpowiedzi, roześmiałam się kpiąco — Harry jest jedną z najsilniejszych osób, jakie znam, i uwierz mi, że jeżeli on nie dawał sobie z tym rady, to naprawdę jest się nad czym zastanawiać.
          — Miałem do czynienia ze znacznie gorszymi rzeczami niż oklumencja, możesz mi wierzyć na słowo — warknął, podchodząc do mnie szybkim krokiem i nachylając się w moim kierunku, a jego stalowoszare tęczówki spowił mrok. Od razu odechciało mi się wdawać z nim w jakiekolwiek dyskusje, więc bez słowa odwróciłam się do niego plecami i zajrzałam, niby od niechcenia, do otwartej książki. Dopiero wtedy zauważyłam kawałek pergaminu z tekstem, który wyszedł prawdopodobnie spod pióra tej samej osoby, od której dostałam liścik i która była ze mną w tym samym pokoju.
          — Co to za śmieć? — spytałam chłodno, biorąc do ręki notatki Malfoya, nawet ich nie czytając. Chwilę wcześniej postanowiłam, że nie będę z nim rozmawiać, ale bałam się, że znowu wróci do tematu mojego wcześniejszego płaczu.
          — Gdybyś potrafiła czytać, wiedziałabyś, że to rozpiska, mugole mówią chyba na to rafik.
          — Grafik, geniuszu — poprawiłam go automatycznie, nie mogąc się nadziwić, że chłopak nie użył słowa "szlamy".
          — Nieważne. W każdym razie podczas twojego spóźnienia tak mi się nudziło, że rozpisałem ci, kiedy masz dodawać poszczególne składniki, żebyś przypadkiem czegoś nie pomyliła. Napisałem  ci także w jakie dni będziemy ćwiczyć oklumencję. Na razie postanowiłem, że będziemy spotykać się dwa razy w tygodniu, napisałem ci nawet godziny. Na wszelki wypadek, dopisałem ci słownie nazwy godzin, gdybyś nie znała się na zegarku. — Nie musiałam na niego patrzeć, by wiedzieć, że uśmiecha się z kpiną. Zerknęłam na pergamin i zaczerwieniłam się po cebulki włosów, gdy moim oczom ukazał się wściekle czerwony napis "dwadzieścia dwa zero zero wieczorem". Dupek. — W inne dni nie będziesz miała tutaj wstępu, bo ten pokój jest mi potrzebny do czegoś innego.
          — Do czego? — zapytałam, nim zdążyłam ugryźć się w język. 
          — Podaj mi choć jeden powód, dla którego miałbym ci odpowiedzieć — powiedział, świadomie cytując moje wcześniejsze słowa.
          — Malfoy, w końcu i tak się dowiem o co chodzi, bo już w Święta mamy pierwszą lekcję oklumencji — postanowiłam zagrać tak samo jak on, mając nadzieję, że to na niego zadziała.
          Chłopak dłuższą chwilę milczał i już wydawało mi się, że ulotnił się z Pokoju Życzeń, gdy nagle się odezwał.
          — Masz rację... Potrzebuję tego pokoju, by naprawić tę przeklętą szafkę, zadowolona?
          — Powiedzmy...
          — Więc dlaczego płakałaś? — ponowił pytanie chyba po raz trzeci tego wieczoru, kierując się z powrotem do stołu. Śledziłam wzrokiem jego sylwetkę, prostując się na krześle. Ślizgon opadł na swoje, tym razem rozsiadając się na nim nonszalancko. 
           Westchnęłam ze zrezygnowaniem i sama nie wiedzieć dlaczego, opowiedziałam mu pokrótce sytuację z moim przyjacielem, Ronem, a on ani razu mi nie przerwał. Pamiętam, że mimo tego, iż bez przerwy wodził wzrokiem po pokoju, uparcie unikając mojego spojrzenia, ani razu nie sprawiał wrażenia, że go to nudzi. Kiedy skończyłam, Draco w końcu spojrzał w moim kierunku z brwiami uniesionymi wysoko.
          — I naprawdę nie masz pojęcia, co zrobić? — zapytał z niedowierzaniem, a kiedy pokręciłam głową, zaśmiał się pod nosem z kpiną wymalowaną na twarzy — Salazarze, ty rzeczywiście jesteś głupia jak but.
          — Uważaj na słowa, Malfoy, pamiętaj, że w każdej chwili mogę przypadkowo dosypać czegoś do eliksiru, byś zmarł w męczarniach.
          — Wszystko mi jedno, w końcu to nie ja będę go pił — oznajmił, wzruszając ramionami, a ja zrobiłam zaskoczoną minę, którą zignorował. — Wracając do tematu, to proste. Twój Wieprzlej powinien poczuć się zazdrosny. Niedługo Slughorn urządza to śmieszne przyjęcie dla swoich pupilków, więc będziesz miała okazję, o ile ktoś będzie chciał z tobą pójść, w co szczerze wątpię. 
          — Ron wkurzyłby się o Zachariasza Smitha  powiedziałam po chwili namysłu, zanim zdążyłam ugryźć się w język. Ani trochę nie byłam zaskoczona, gdy usłyszałam donośny śmiech Malfoya. To był pierwszy i ostatni prawdziwy śmiech Dracona w szóstej klasie, jaki było dane mi słyszeć. Gdybym to nie ja była obiektem drwiny, to może nawet zrobiłoby mi się przyjemnie na ten dźwięk.
          — Chyba żartujesz, Granger. Nawet ty jesteś za dobra na tego Puchona, a to już nie byle co — powiedział między napadami śmiechu, a ja, słysząc te słowa, zaczerwieniłam się jeszcze bardziej. Malfoy był naprawdę bezczelny!
          — W takim razie pójdę z McLaggenem — oznajmiłam i odwracając obrażona od niego głowę, dodałam odpowiednią ilość much siatkoskrzydłych. Następny składnik miałam, według rozpiski Malfoya, dodać w piątek. Postanowiłam, że jutro po zajęciach sprawdzę dokładnie, czy Ślizgon aby na pewno nie pomylił się w instrukcji, co było bardzo prawdopodobne.
          — Och, z pewnością z tobą pójdzie — zironizował, nie przestając uśmiechać się kpiąco. — Zwłaszcza, że to jedyny porządny Gryfon. Naprawdę, dziwię się, że znalazł się w waszym domu, biorąc pod uwagę jego czystą krew.
          — Zobaczymy — odpowiedziałam i tym samym ucięłam ten temat. — Dobra, Malfoy. Z tego, co widzę, następny składnik mogę dodać dopiero za kilka dni, a pijawki zaraz po rozpoczęciu ferii, więc będziesz miał moje Święta na sumieniu. 
           Wstałam powoli z krzesła i skierowałam się do wyjścia z pomieszczenia. Gdy złapałam za klamkę, zawahałam się na chwilę. Nie byłam pewna, czy powinnam życzyć mu dobrej nocy, ale w końcu zdecydowałam, że wyjdę bez słowa.

~~**~~

Następnego dnia miało odbyć się przyjęcie Klubu Ślimaka, a ja spałam zaledwie cztery godziny. Z chęcią wylegiwałabym się znacznie dłużej, ale o dziewiątej miałam transmutację, a profesor McGonagall raczej nie tolerowała spóźnień. Ze zrezygnowaniem podniosłam się z łóżka i skierowałam się do łazienki w celu wykonania wszystkich porannych czynności. Kiedy czterdzieści minut później schodziłam do Wielkiej Sali, z zadowoleniem zauważyłam, że mam jeszcze dwadzieścia minut na spokojne zjedzenie śniadania.

~~**~~

Cześć Neville! — zawołałam wesoło, opadając w sali transmutacji na krzesło obok mojego kolegi, podczas gdy on niespokojnie rozglądał się wkoło, jakby czegoś zapomniał. Na dźwięk mojego głosu, siedzący w rzędzie obok Weasley odwrócił się do tyłu, by szepnąć coś w stronę Lavender i Parvati, na co zareagowały głośnym chichotem. Harry, który zajmował krzesło tuż obok Ronalda, pokręcił z niedowierzeniem głową i wysłał w moim kierunku przepraszające spojrzenie. I wiecie co? To nie słowa Rona, ani nawet wzrok pełen pogardy i zwycięstwa ze strony Brown zabolały mnie najbardziej, a właśnie te smutne oczy Pottera. Zdawałam sobie sprawę, jak ciężki okres przechodził, a my, jako jego przyjaciele, zamiast go wspierać, po prostu kłóciliśmy się jak małe dzieci. Łudziłam się ciągle, że te nieprzerwane próby pogodzenia nas powodowały, że nie myślał zbyt dużo o Syriuszu i jego śmierci, ale szanse na to były znikome. Posłałam mu smutny uśmiech, który z pewnością zinterpretował tak, jak chciałam, by zinterpretował i odwróciłam wzrok, patrząc tępo przed siebie. Udawałam, całkiem umiejętnie, że słucham Neville'a i jego wykładu o pożytecznym zastosowaniu jagód jemioły, a sama skupiłam się na czymś zupełnie innym. 
                   Harry Potter, mój najlepszy przyjaciel, z którym w życiu miałam tylko jedną dłuższą kłótnię i to w trzeciej klasie o to, że doniosłam profesor McGonagall o miotle, którą dostał od nieznajmego (co do dzisiaj uważam za słuszne), i który był dla mnie jak starszy brat, który od zawsze starał się stawać po mojej stronie. Nigdy nie krytykował głośno mojego zachowania przy kimś ze znajomych, nawet (a może powinnam powiedzieć zwłaszcza?) przy Ronie. Ten drugi raczej czerpał radość, gdy zabawiał się cudzymi uczuciami, a sam był w centrum uwagi. Nie, Harry taki nie był. Na niego zawsze mogłam liczyć i on zawsze mógł liczyć na mnie. Dlaczego więc tak łatwo przychodziły mi kłamstwa, aby chronić Malfoya i bym mogła mu pomóc we wszystkim o co prosił mnie on i Dumbledore? Nigdy nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie. Zamiast tego umiejętnie uciszałam swoje wyrzuty sumienia tym, że przecież działałam z polecenia dyrektora, ale nie oszukujmy się. Gdybym nie chciała tego robić, odmówiłabym.
~~**~~

Nie było dla mnie zdziwieniem, gdy zaraz po lekcji transmutacji wybiegłam z płaczem z sali. Jakby mało mi było problemów, to jeszcze Ron dorzucał swoje pięć knutów i bez przerwy mnie przedrzeźniał, gdy tylko zgłosiłam się do odpowiedzi. Jedynym pocieszeniem było to, że Malfoy nie widział tego przedstawienia, ale on po prostu tego dnia nie pojawił się na żadnych z zajęć. Jeśli zapytacie, dlaczego to było dla mnie aż tak istotne, nie będę umiała wam odpowiedzieć. Najwyraźniej moje serce zaczęło czuć coś znacznie szybciej, niż cała moja reszta. Szybko jednak wzięłam się w garść i na następnych zajęciach czułam się w porządku. 
Wieczorem, gdy miałam już wejść do Wielkiej Sali na kolację, ktoś mnie zaczepił. Ciężko było mi uwierzyć w moje szczęście.
                       — Witaj, Granger.
                       — Och, cześć, Cormac. 
                       — Słuchaj... Chciałem zapytać, czy nie masz może ochoty wybrać się ze mną na to przyjęcie u Slughorna? — spytał, a ja w myślach wykonałam taniec zwycięstwa. W normalnych okolicznościach uciekłabym jak najdalej od McLaggena, jednak musiałam trzymać się wskazówek Malfoya. Poza tym nie mogłam sobie odpuścić, by utrzeć nosa temu Ślizgonowi. W końcu wątpił, że pójdę z Cormakiem, a tym czasem proszę! On sam mnie zaprosił!
                        — Ależ oczywiście, że z tobą pójdę. Spotkamy się w sali wejściowej o ósmej wieczorem, w porządku? 
                        — Jasne. Do zobaczenia, Granger — powiedział i odszedł w stronę swoich tępych kumpli. Zauważyłam, że kołysał się podczas tej czynności jak kaczka, zabawne. Ten widok do tej pory mnie bawi. Postanowiłam w końcu udać się na kolację i zjeść coś smacznego.
Ledwo podeszłam do stołu Gryffindoru i niemal od razu usłyszałam głos Parvati.
                     — Cześć, Hermiono!
Kiedy spojrzałam w jej kierunku, dostrzegłam, że dziewczyna patrzy na mnie przepraszającym wzrokiem, więc sumienie prawdopodobnie dało się jej we znaki, skoro tak szybko chciała się pogodzić. Odwzajemniłam więc uśmiech, żeby nie wyjść na zołzę, możliwe, że zrobiłam to jeszcze bardziej serdecznie od niej. Zaśmiałam się pod nosem, gdy zobaczyłam minę Harry'ego. On chyba nigdy nie mógł pojąć dziewczyn!
                    — Cześć, Parvati! — zawołałam wesoło, siadając między nią a Harrym, całkowicie ignorując dwa gumochłony siedzące obok niej. — Idziesz wieczorem na to przyjęcie u Slughorna?
                     — Nikt mnie nie zaprosił — odpowiedziała Parvati ponuro, spoglądając z wyrzutem na Harry'ego, który udawał, że tego nie widzi. — Ale BARDZO bym chciała, zanosi się na niezłą imprezę... A ty idziesz, tak?
                    — Tak, spotykam się o ósmej z Cormakiem i...
Zza pleców Parvati rozległ się odłos, który przywiódł mi na myśl odessanie przepychacza z zatkanego zlewu i Ron wychylił się, by rzucić zdziwione spojrzenie Harry'emu. Ten jednak pokręcił głową, bo jak zwykle nic nie rozumiał. Postanowiłam zachowywać się tak, jakbym nic nie zobaczyła ani nie usłyszała.
                   — ...pójdziemy razem na to przyjęcie.
                   — Cormac? Masz na myśli Cormaca McLaggena?
                   — Taak — odpowiedziałam słodkim głosem. — Tego, który o mało co nie został obrońcą w drużynie Gryfonów.
                   — To co, chodzisz z nim? — zapytała Parvati, wytrzeszczając oczy. Nagle, nie wiedzieć czemu, przypomniał mi się wyraz pyszczka Zgredka.
                   — Och, tak... nie wiedziałaś? — zachichotałam tak, jakbym nie była Hermioną Granger. Niestety, musiałam na chwilę odwrócić się od Parvati, by spiorunować wzrokiem mojego przyjaciela, Wybrańca, który nastąpił celowo na moją stopę. Kiedy zobaczyłam wyraz jego twarzy, ponownie się roześmiałam, lecz tym razem był to szczery śmiech.
                    — Nie! — Parvati była wyraźnie podekscytowana tą wiadomością. — Wow, chyba kręcą cię gracze quidditcha, nie? Najpierw Krum, teraz McLaggen...
                    I w dodatku Malfoy, z którym ważę po nocach eliksir w Pokoju Życzeń, dodałam w myślach.
                   — Kręcą mnie ci, którzy są w tym naprawdę dobrzy — poprawiłam ją, wyraźnie akcentując ostatnie słowa i nie przestając się uśmiechać, powoli podniosłam się z miejsca. Nagle zupełnie przestał liczyć się dla mnie posiłek, a moje myśli skupiały się tylko nad tamtejszym wieczorem. — No to do zobaczenia... muszę iść się przygotować na to przyjęcie — oznajmiłam i jakby nigdy nic opuściłam Wielką Salę. Mimowolnie rzuciłam jedno spojrzenie na stół Ślizgonów i ze smutkiem zauważyłam, że Draco Malfoy nie znajduje się wśród uczniów domu Salazara Slytherina.


~~**~~

— Harry, ratuj! — bezgłośnie poruszyłam ustami, gdy dwie godziny po rozpoczęciu przyjęcia Cormac wreszcie mnie znalazł i zaczął podchodzić do wszystkich, których znał (i tych, których nie znał), aby pokazać się ze mną. Na całe szczęście w końcu podeszliśmy do mojego przyjaciela, który patrzył na mnie współczująco, oraz do Luny.
                — Wiedzieliście, że jemioła jest naturalnym siedliskiem płetwiaków długopalczastych? — zapytała Luna najwyraźniej nieświadoma tego, co właśnie powiedziała. Jęknęłam żałośnie, zerkając na McLaggena i tak jak przypuszczałam, nagle zainteresował się kawałkiem gałązki, którą Slughorn zawiesił przy suficie. Patrząc na minę Cormaca, łatwo było zorientować się, że obmyśla już plan, jak zaciągnąć mnie pod ową jemiołę.  Harry, który chyba również zorientował się, iż to nie płetwiak długopalczasty zajmował w tamtym momencie myśli McLaggena, postanowił interweniować i podjął temat quidditcha. 
Nagle, zupełnie niespodziewanie, usłyszeliśmy nieopodal dźwięki szamotaniny. Spojrzeliśmy w bok i naszym oczom ukazał się obraz Filcha, który ciągnął za sobą... Dracona Malfoya. Moje serce gwałtownie przyspieszyło, gdy chłopak przypadkowo spojrzał w moją stronę i o dwie sekundy za długo zatrzymał wzrok na mojej sylwetce, która odziana była w przylegającą w tali czerwoną sukienkę i rozkloszowaną u dołu do połowy ud. Szybko jednak się opamiętał i odwrócił wzrok, patrząc z wściekłością na woźnego. Szarpnął mocno barkiem, aby uwolnić go spod mocnego uścisku mężczyzny i wyprostował się tak, jak na arystokratę czystej krwi przystało. Ubrany był standardowo w eleganckie, czarne spodnie od garnituru, wypastowane i lśniące buty w tym samym kolorze oraz białą koszulę, która idealnie komponowała się z jego bladą skórą... zbyt bladą, nawet jak na niego. Dopiero wtedy mogłam zobaczyć go w pełnej okazałości, ponieważ gabinet Slughorna był idealnie oświetlony. Byłam przerażona. Malfoy wyglądał na chorego. Miał cienie pod oczami, a jego usta nie zdobił drwiący uśmieszek. Tym razem przypominał mi sztuczny uśmiech osoby, która próbuje ukryć się za maską obojętności. To wtedy pierwszy raz wiedziałam, że robię dobrze, pomagając mu. 
Kilka osób, w tym przyjaciel Malfoya - Zabini, wpatrywali się w tą scenę z zaskoczeniem. Oczywiście niemal wszyscy uwierzyli, że Ślizgon próbował się tutaj dostać, aby wkręcić się na przyjęcie, lecz ja wiedziałam, co on robił wtedy na siódmym piętrze. Chciał iść do Pokoju Życzeń. Zapewne planował znowu naprawić tę szafkę. Zalała mnie wtedy fala nienawiści do Filcha, a chwilę później do Snape'a, który szybko zabrał stamtąd Malfoya. Nim się spostrzegłam, Harry szybko wyszedł za nimi, a ja już wiedziałam, co zamierzał. Zapewne szedł podsłuchać rozmowę chłopaka z profesorem od obrony przed czarną magią i tym samym uniemożliwił mi mój plan, który obejmował dosłownie to samo - ukrycie się pod peleryną-niewidką.
Nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, szybko zbyłam marną wymówką Lunę i Cormaca, a sama udałam się do Pokoju Życzeń, by tam poczekać na Malfoya. Miałam nadzieję, że tym razem dowiem się czegoś więcej. 

___________________________

*Invisibilitatem - zaklęcie wymyślone przeze mnie; powoduje niewidoczność na wszelkich mapach zarówno tych magicznych, jak i stworzonych przez mugoli.


~~**~~**~~**~~

Dziękuję za każdy komentarz, bo daje to prawdziwego kopa motywacyjnego.
Z tego miejsca chcę pozdrowić ludzi odpowiedzialnych za pomysł kręcenia tylko trzech odcinków "Sherlocka" na każdy nowy sezon. A żeby Was też ktoś kiedyś tak wkurzył, jak wkurzyliście mnie. ._.